Rząd za wszelką cenę chce chronić polskie firmy. Poszedł na zderzenie z Brukselą i USA

Nowa tarcza antykryzysowa ma chronić polskie spółki przed przejęciami. Ale nie jest pewne, czy te regulacje faktycznie wejdą w życie, bo zagranicznym inwestorom wyjątkowo nie podobają się tego typu zakusy.

Dzwonki alarmowe odezwały się w siedzibach Komisji Europejskiej i Amerykańskiej Izby Handlowej. Wszystko przez to, że rząd wymyślił przepisy chroniące rodzime spółki przed wrogim przejęciem. 

Nad regulacjami pochyliło się Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Aktywów Państwowych, a także Ministerstwo Finansów, Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Swoje trzy grosze dorzucili przedstawiciele ZUS-u, UOKiK, Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego i Urzędów Zamówień Publicznych. Teraz wychodzi na to, że to grono specjalistów bardzo mocno nacisnęło na odcisk międzynarodowych inwestorów, którzy wyrazili niezadowolenie.

Ochrona polskich firm ma trwać dwa lata

Jak donosi Reuters, irytacja inwestorów na plany polskiego rządu była tak wyraźna, że postanowiono podjąć rozmowy. Skruszyć nasze stanowisko w tej sprawie będą starać się przedstawiciele Komisji Europejskiej oraz Amerykańskiej Izby Handlowej. 

Bizblog.pl poleca

Co zakładają międzyresortowe regulacje, które tak poirytowały międzynarodowych inwestorów? Ochronę na okres dwóch lat przedsiębiorstw publicznych, producentów oprogramowania wykorzystywanego w elektrowniach, systemach transportowych i zdrowotnych oraz firm z sektora energetycznego, telekomunikacyjnego i obronnego. Jednocześnie wicepremier i szefowa Ministerstwa Rozwoju Jadwiga Emilewicz zaznacza, że to nie jest żadna próba odstraszania zagranicznych inwestorów, a jedynie pakiet ochronny w związku z pogarszającą się sytuacją gospodarczą. 

Polska prawie jak Niemcy

Oburzenie ze strony europejskich i amerykańskich inwestorów może dziwić. W kwietniu na podobny krok zdecydowali się Niemcy. Przepisy za naszą zachodnią granicą zaostrzono po próbach zakupu przez amerykański rząd startupu pracującego nad szczepionką na COVID-19. Eksperci nie od dzisiaj przekonują, że obecny kryzys sprzyja takim praktykom. 

Teraz gdy wszyscy walczą o pieniądze z zewnątrz, firmy mogą zostać wykupione, a know-how i możliwości w krytycznych przyszłych sektorach przeniesione z Europy, do Chin, Stanów Zjednoczonych lub innych krajów

– przekonuje Jonathan Hackenbroich, ekspert ds. statystyki gospodarczej Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych. 

Komisja Europejska wydała wytyczne mające chronić przed takimi przejęciami. Ursula von der Leyen, szefowa KE, nie ma wątpliwości, że trzeba bronić „bezpieczeństwo i suwerenność gospodarczą”. Tym bardziej niezrozumiałe może wydawać się to, że europejscy i amerykańscy inwestorzy tak nerwowo zareagowali na polskie plany, a na niemieckie już nie. Zresztą podobne regulacje przyjęto też w Hiszpanii i nikt żadnego alarmu nie wszczął. 

Rząd nie oprze się pokusie renacjonalizacji?

W Niemczech receptą na wrogie przejęcia spółek w czasie pandemii ma być nowo utworzony fundusz stabilizacji. Peter Altmaier, minister gospodarki, zapewnia, że rząd federalny jest tym bardziej zdeterminowany, żeby „stać przy naszych firmach i chronić miejsca pracy”. Im jednak nikt palcem nie zaczął grozić, a nam tak. 

Dlaczego? Zdaniem ekspertów w Polsce istnieje zdecydowanie poważniejsze ryzyko, że wykorzystując środki z pakietu ratunkowego, władza będzie chciała zwiększyć kontrolę nad sektorem prywatnym.