Obligacje oprocentowane na 16 albo nawet 20 proc.? Takiej okazji nie możecie przepuścić

Ludwik Kotecki, członek RPP, w reakcji na szokujący środowy odczyt inflacji w końcu przyjął pomysł opozycji i proponuje, by w walce z inflacją przestać podnosić ostro stopy procentowe, bo nie ma na to już zbyt wiele przestrzeni, a zamiast tego ściągać pieniądze z rynku za pomocą specjalnych obligacji, które mógłby zacząć emitować NBP. Jakie odsetki powinien zaproponować Polakom bank centralny, żeby przekonać ich do oszczędzania? Zapytałam ekonomistów, ucieszycie się, jak przeczytacie, co powiedzieli.

Inflacja może zapewnić Kowalskim niezłą stopę zwrotu. Ludwik Kotecki, najbardziej jastrzębi w tym gronie jastrzębi, jeszcze w środę powiedział, że już na najbliższym posiedzeniu RPP, które odbędzie się 7 września, chciałby rozmawiać na temat pomysłu emisji obligacji antyinflacyjnych przez NBP. To dlatego że naprawdę obawia się tego, że inflacja skoczy do 20 proc., a jednocześnie nie chce zarzynać kredytobiorców i firm dalszymi mocnymi podwyżkami stóp.

W czwartek w wywiadzie dla PAP dorzucił jeszcze kilka innych narzędzi, poza obligacjami, które mogłyby pomóc powstrzymać inflację. To podniesienie stopy rezerwy obowiązkowej oraz tzw. zacieśnianie ilościowe, czy odwrotność tego, co bank centralny robił w latach 2020-2021 z powodu pandemii, kiedy wlewał szerokim strumieniem pieniądze w gospodarkę za pośrednictwem banków.

Ale to was pewnie mniej interesuje, wróćmy więc do pomysłu specjalnych antyinflacyjnych obligacji, które mógłby zacząć emitować NBP, żeby ściągnąć pieniądze z rynku. Mowa zapewne o obligacjach detalicznych (choć to nie jest do końca jasne), chodzi więc o to, by sprzedawać je zwykłemu Kowalskiemu, by ten skuszony korzystną wizją zarobku, zainwestował w nie swoje oszczędności, zamiast wydawać w sklepach, napędzając wzrost cen.

Przejadamy oszczędności, byle nie obniżać poziomu życia

Zanim na mnie nakrzyczycie, że ludzie wydają w sklepach, bo muszą, i czego ja właściwe chcę, mają odmówić sobie chleba i masła, by kupować obligacje itd – spójrzcie na to:

Dr Michał Możdżeń, ekonomista z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i członek Polskiej Sieci Ekonomii zwrócił uwagę, że zaczęliśmy przejadać oszczędności. A co ważniejsze, przejadamy je, nie ograniczając konsumpcji, a przecież moglibyśmy trochę ją ograniczyć, skoro taka drożyzna, prawda?

Bizblog.pl poleca

Otóż nie, Polacy nie chcą zaciskać pasa, chcą żyć jak dotąd, choćby kosztem oszczędności właśnie. Obligacje antyinflacyjne wysoko oprocentowane miałby być wabikiem, by jednak się skusili, oszczędności zainwestowali, by pracowały na wysoki procent, a wtedy konsumpcja trochę spadnie, zacznie więc spadać i inflacja.

Pytanie, co to znaczy wysoki procent? Ile NBP musiałby nam płacić, żeby przekonać nas, żeby nie wydawać na szynkę czy nowe buty, tylko lepiej się ograniczyć i pożyczyć mu pieniądze na dobrych warunkach?

Za wysokie oprocentowanie damy się przekupić

Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego uważa, że oprocentowanie musiałoby być wyższe niż dziś oferują obligacje rządowe. Po drugie, obligacje NBP musiały by być jednocześnie łatwo dostępne, co mogłoby generować kilka technicznych problemów, ale chyba raczej wszystkie do rozwiązania.

Wydaje się, że jeśli RPP chciałaby zakończyć podwyżki stóp procentowych (co uderza najsilniej w kredytobiorców), a jednocześnie chciałaby pozostać w cyklu zacieśniania polityki monetarnej, to obligacje antyinflacyjne są jakąś opcją

– konkluduje.

A ja przypomnę, co miałby przebić NBP, czyli jak oprocentowane są dziś obligacje rządowe:

  • obligacje trzymiesięczne – 3 proc. w skali roku
  • obligacje roczne – 6,50 proc. w skali roku w pierwszym miesiącu, a w kolejnych stopa referencyjna NBP
  • obligacje dwuletnie – 6,75 proc. w skali roku w pierwszym miesiącu, a w kolejnych stopa referencyjna NBP + 0,25 proc.
  • obligacje trzyletnie – 6,50 proc. W skali roku, stałe przez cały 3-letni okres oszczędzania
  • obligacje czteroletnie – 6,50 proc. w pierwszym roku, a w kolejnych latach inflacja + marża 1 proc.
  • obligacje dziesięcioletnie – 6,75 proc. w pierwszym roku, a w kolejnych latach inflacja + marża 1,25 proc.

Do tego jeszcze specjalne obligacje rodzinne:

  • obligacje sześcioletnie – 6,70 proc. w pierwszym roku, a w kolejnych latach inflacja + marża 1,5 proc.
  • obligacje dwunastoletnie – 7,00 proc. w pierwszym roku, a w kolejnych latach inflacja + marża 1,75 proc.

Ważne, żeby dać zarobić od zaraz

Piotr Kuczyński, główny analityk firmy Xelion, podkreśla z kolei, że pomysł, żeby obligacje emitował NBP, a nie rząd, to pomysł polityczny. 

Ci, którzy go forsują argumentują, że jeśli dług u Polaków będzie zaciągał NBP, to nie wyda tych pieniędzy na bzdury, a rząd na pewno roztrwoni je na jakieś widzimisię. Ja akurat jestem innego zdania, uważam, że jeśli to rząd emituje takie obligacje detaliczne dla Polaków, to jest korzystne zjawisko, bo dzięki temu może obniżać zadłużenie zagraniczne

– mówi ekspert.

A jeśli jednak NBP zdecyduje się na emisję własnych obligacji? Czy powinny być one oprocentowane wyżej niż te skarbowe? 

Moim zdaniem powinny być oprocentowane podobnie jak obligacje skarbowe. Ale znów wracam do polityki. Ci politycy, którzy znają się trochę na ekonomii, postulują, by obligacje NBP były indeksowane inflacją

– zauważa Piotr Kuczyński.

Mamy jednak przecież już takie antyinflacyjne obligacje skarbowe. To obligacje czteroletnie. Problem w tym, że zarobić tyle, ile wynosi inflacja, dają dopiero od drugiego roku. W pierwszym roku odsetkowym oprocentowanie wynosi jedynie 6,5 proc., podczas gdy inflacja już przebiła 16 proc., a zatem przynoszą przez rok realną stratę.

I w tym właśnie rzecz, by wprowadzić indeksowanie obligacji inflacją już od pierwszego roku – tego bym sobie życzył – mówi mi Piotr Kuczyński. I wtedy z punktu widzenia walki z inflacją nie ma znaczenia, czy te obecnie 16 proc. będzie wypłacał NBP czy rząd.