A więc nowy podatek! Wejdzie tak, że nie zauważycie. A jak już zauważycie, to krew was zaleje

Na początek podatek od marketów – o tym zaczął mówić Jarosław Kaczyński. Umiarkowanie wierzę, że to się uda. Ale gorzej, że na znalezienie pieniędzy jest jeszcze inny pomysł – opodatkowanie aptek, hurtowni farmaceutycznych i produkcji polskich leków. To już naprawdę groźny pomysł, bo ceny leków oczywiście wzrosną i to w czasie, kiedy Polaków i tak już stać na coraz mniej.

Nowe podatki, a nie cięcia – tak się skończą opowieści rządu o zaciskaniu pasa. Premier Morawiecki od kilku tygodni opowiada, że szuka oszczędności. Wszędzie. Tylko nie w wydatkach na zbrojenia. I nie w dodatkowych emeryturach. I nie w 500+, żeby choć wprowadzić jakieś kryterium dochodowe. I w ogóle w wydatkach socjalnych nie.

No i robi się problem, bo nie bardzo wiadomo, gdzie można by trochę przyciąć. 75 proc. wydatków budżetowych ma sztywny charakter, więc nie można ich zmieniać sobie ot tak, bo premier ma takie widzimisię.

A może ta opowieść rządu o odchudzaniu to bajka? PiS nam ją sprzedaje, żeby odwrócić uwagę od tego, gdzie naprawdę szuka pieniędzy, a szukać może ich w dodatkowych podatkach, a nie w wydatkach.

Nowy podatek od marketów to ściema

Pierwszy oczywisty sygnał to podatek od marketów. Do dyskusji wprowadził temat Jarosław Kaczyński. Prezes skonstatował, że działające w Polsce zagraniczne sieci nie są odpowiednio opodatkowane, a powinny.

Bizblog.pl poleca

Czy to oznacza, że szykuje dla nich nową daninę? Raczej nie, to raczej koza wprowadzona do pokoju dla odwrócenia uwagi, bo sam prezes nawet w tym samym wystąpieniu przyznał, że zmianom w opodatkowaniu hipermarketów sprzeciwia się Unia Europejska.

I tu dochodzimy do prawdziwych rejonów, w których rząd może szukać dodatkowej kasy. To nie będą spektakularne podatki, którymi można będzie wymachiwać na prawo i lewo. Przed wyborami hasło „nowe podatki” jest wręcz zakazane. A więc nowe daniny muszą zostać ukryte, trzeba je nakładać odrobinę tu, odrobinę tam, trochę jak w taktyce salami, żeby nikt nie zauważył i nie podniósł larum.

I wygląda na to, że pierwszy plasterek salami kroi się już w aptekach. 

Dokładnie to salami kroi się w aptekach, punktach aptecznych, hurtowniach farmaceutycznych, u producentów, dystrybutorów i importerów leków oraz substancji czynnych. Na podmioty te ma zostać nałożona dodatkowa „opłata roczna”. (Oczywiście zero zdziwienia, że podatek nie nazywa się oficjalnie podatkiem).

Nowym podatkiem obłożoną zostaną leki. Polskie leki

Wszystkiemu winny projekt nowelizacji Prawa farmaceutycznego, który przewiduje, że nowa opłata dotknie 26 tys. firm.

Niby nie mówimy o wielkich kwotach. Opłata roczna ma mieć część stałą i zmienną, zależną od rocznego przychodu uzyskanego w poprzednim roku podatkowym. Stała w zależności od rodzaju prowadzonej działalności ma wynosić od 250 do 3000 zł. Zmienna to 0,02 proc. przychodu rocznego, czyli 200 zł od każdego 1 mln zł.

Powód? Główny Inspektor Farmaceutyczny ma dostać większe kompetencje i więcej zadań, a za te zadania trzeba zapłacić. A że przecież oszczędzamy, to z budżetu nie można zabierać na to pieniędzy, trzeba więc zabrać je branży farmaceutycznej. Jak to się skończy? Oczywiście, że podwyżką cen leków. 

Branża farmaceutyczna krzyczy, że to podwójne opodatkowanie, a dodatkowo cios w polskich producentów, na których przecież mieliśmy stawiać po pandemicznych doświadczeniach z lekami z Azji. Lepiej kluczowe leki mieć u siebie niż ściągać je z drugiego końca świata. A tu nie – chcemy właśnie dodatkowo opodatkować polskie leki produkowane z polskich substancji czynnych.

A to wszystko jeszcze dzieje się w trakcie kryzysu lekowego i rosnących problemów z dostępnością części preparatów oraz w czasie odgórnego zamrożenia marż na leki refundowane.

Opłata roczna uderzy w najbiedniejszych Polaków

Czy nowa „opłata roczna” to podatek, który przyniesie jakieś korzyści budżetowi? Pewnie nie i rzeczywiście z niej zostanie sfinansowane szersze działanie GIF. Ale w tym właśnie rzecz. Szukanie oszczędności w oparciu o taktykę salami może polegać właśnie na tym, że państwo nie finansuje zadań organów państwa, tylko znajduje sobie kogoś, na kogo może to przerzucić.

W ten sposób nie trzeba mówić, że podnosi się podatki, a efekt jest ten sam. Teraz pozostaje czekać na kolejne ciche wrzutki nowych opłat – małe, cienkie jak plasterki, ale ukrojone to tu, to tam mogą razem sporo zdziałać.

Szkoda tylko, że akurat na pierwszy ogień idą leki i to w czasie, gdy Polaków stać na coraz mniej, a w społeczeństwie rośnie liczba tych, których nie stać na zapewnienie sobie podstawowych potrzeb.