Nowy dzień wolny od pracy. Reakcja Polaków? Bardzo interesująca

Nie chcą tego osoby kultywujące pamięć o Powstaniu Wielkopolskim, Andrzej Duda twierdzi, że Sejm też stanie okoniem. Szarego Kowalskiego o to nie spytano, ale Polacy, o dziwo, są w tych tematach dość sceptyczni. To może przedsiębiorcy? Żartowałem oczywiście.

Zacznijmy od tego, że nie jestem z zasady przeciwnikiem dokładania dodatkowych dni wolnych od pracy. Mocno popierałem na przykład pomysł, by 12 listopada 2019 r., w setną rocznicę niepodległości Polski, zrobić sobie ogólnonarodową przerwę.

Na tle Europy wcale nie jesteśmy rekordzistami. Więcej od nas świętują Hiszpanie i – uwaga – Austriacy z Niemcami. Tak, te dwie pracowite jak mrówki nacje.

Przed pandemią trzech na czterech Polaków twierdziło, że robi nadgodziny przynajmniej raz w miesiącu. Co ósmy ankietowany w badaniu Randstad mówił, że siedzi po fajrancie dzień w dzień. Wejście powszechnej pracy zdalnej tego nie zmieniło. Generalnie w całej Europie aż 42 proc. ankietowanych skarżyło się, że w domu pracuje więcej niż w biurze (dane firmy Ricoh).

Tu wcale nie chodzi o to, by zasuwać jak mały samochodzik

Dawno temu wyleczyliśmy się z przekonania, że bez pracy nie ma kołaczy. Wysokie płace biorą się z innowacyjności gospodarki. Ślęczenie nad taśmami montażowymi nikomu nie przyniosło jeszcze fortuny. Kwestia bogacenia się społeczeństwa zależy od zmian strukturalnych, nie od kultywowanej wciąż w niektórych firmach w Polsce kultury zap*******.

Bizblog.pl poleca

Po takim wstępie mogłoby się wydawać, że nic tylko brać się do uchwalania nowych dni wolnych od pracy. I to nie byłby zły pomysł, gdybyśmy zabrali się za to z głową. Sęk w tym, że… nikt się do wprowadzania takich zmian nie pali.

Tradycyjnie ostatnie włosy z głowy rwą sobie ekonomiści. Bo każdy dzień wolny to strata 4-5 mld zł PKB. Przeciwni są przedsiębiorcy, bo robota stoi w miejscu. Mem celowo opatrzony, bo i argumenty przeciwników dni wolnych od pracy są przewidywalne do bólu:

Polacy: dzień wolny? A komu to potrzebne?

Ale, co ciekawe, nasze społeczeństwo jest ogólnie nastawione nieufnie do świętowania. Przejrzałem sobie badania, w których Polacy byli pytani o historyczne propozycje wprowadzania dni wolnych. I tak – w przypadku 10 kwietnia (wiem, tu mamy duże kontrowersje natury politycznej) wyniki rozkładają się następująco:

  •  73 proc. przeciwko
  • 13 proc. za
  • 14 proc. nie ma zdania

Z większym entuzjazmem reagowaliśmy na wspomnianego 12 listopada. Ale tutaj też trudno mówić o jakiejkolwiek jednomyślności.

  • 45 proc. za
  • 40 proc. przeciwko
  • 15 proc. nie ma zdania (oba badania: SW Research dla rp.pl)

Po dokładniejszych wyjaśnieniach okazało się, że dnia wolnego nie chcą nawet rzekomi pomysłodawcy. Wszystko zaczęło się przecież od apelu grupy wielkopolskich stowarzyszeń, fundacji i muzeów. Ich przedstawiciele szybko jednak doprecyzowali, że chodzi po prostu o ustanowienie 27 grudnia świętem państwowym. A to nie jest równoznaczne ze świętowaniem w domu.

Wcześniej prezydent Andrzej Duda zdążył zresztą zapobiegliwie zastrzec, że on może i pod takim apelem się podpisze, inicjatywę ustawodawczą zacznie, ale żeby Sejm potraktował to poważnie – to już mu się nie widzi.