Widzieliście już nową Biedronkę? Zobaczcie koniecznie, to początek rewolucji w polskich sklepach

Nowa Biedronka otwarta właśnie na obrzeżach Warszawy to coś więcej niż kilka technologicznych bajerów. Właściciel sieci pokazuje nam, jak zamierza zachęcić klientów do tego, by przestali korzystać z pomocy pracowników. A to przecież odwieczny problem sieci handlowych.

Gdy po raz pierwszy rozejrzałem się po sklepie otwartym przy ul. Modlińskiej 347, poczułem się lekko zawiedziony. Okej, na jego dachu mamy panele słoneczne, w środku ekrany LCD zamiast papierowych reklam. Dyskont choć wciąż napakowany towarami w absurdalnych ilościach, coraz bardziej zaczyna też przypominać wystrojem delikatesy w stylu nieodżałowane Almy. A gdzie te innowacje? Gdzie ta zapowiadana nowoczesność? Po cichu liczyłem, że natknę się na inteligentne półki, ekrany wyświetlające reklamy kontekstowe. Może nawet na lodówki, które za pomocą kamer identyfikują nasz wiek i nastrój, dobierając do tego odpowiedni produkt. Płonne nadzieje.

Bizblog.pl poleca:

Ale im dłużej przyglądałem się ułożeniu towarów i kas, tym bardziej zaczynałem rozumieć, co się właściwie stało. Rewolucja nie polega na nasyceniu marketu elektronicznymi gadżetami. Chodzi o to, by wtopiły się one w sklepowy krajobraz. Byśmy, przechadzając się w sobotnie popołudnie sklepowymi alejkami, nawet nie zauważali, że większość czynności dokonujemy sami, wykorzystując do tego różnorakie urządzenia. Sklep nie ma olśniewać nowością, ma być nowoczesny, sprawiając wrażenie, że to wciąż stara dobra, choć podrasowana Biedronka. Ma nas pozostawić w strefie komfortu.

Automatyczne kasy przestają straszyć

Pierwszą rzeczą, która przykuwa uwagę, jest szeroka alejka z kasami samoobsługowymi. W wielu sklepach automaty, trochę nieśmiało, bywają ustawiane gdzieś z boku. Tak jakby miały pełnić funkcję dodatkową, stanowić odciążenie dla pracowników w godzinach szczytu. Taktyka na zasadzie: „Hej, spójrz na mnie stoję sobie grzecznie w kącie i czekam aż podejdziesz, nie okazała się ”.

Potem mieliśmy narzekania, że konsumenci nie są jeszcze przekonani do takiej formy robienia zakupów i wolą odstać swoje w ogonku do taśmy niż podejść do automatu i obsłużyć się samemu.

Ale nie w Biedronce. Tutaj to automaty skupiają na sobie główną uwagę. W szerokiej alejce biegnącej niemalże przez środek tylnej części sklepu jest ich łącznie sześć. Tradycyjne kasy zostały wypchnięte na zewnątrz. W pierwszej chwili myślałem, że w ogóle ich tam nie ma! Komunikat jest jasny: tutaj to ludzki kasjer ma być pomocnikiem dla maszyny, nie na odwrót.  

Przedstawiciele sieci twierdzą, że klienci nie mają oporów przed korzystaniem z kas samoobsługowych, o ile ktoś najpierw wytłumaczy im ich działanie. To obserwacje na podstawie testów, jakie przeprowadziło wcześniej Jeronimo Martins. Biedronka szybko wyciąga wnioski. Dowiedzieliśmy się, że sieć tylko w samej Warszawie chce w ciągu najbliższych miesięcy zaopatrzyć w maszyny 116 placówek.

Zmiana nie sprowadza się wyłącznie do kas. Samodzielnie zapłacimy też za kawę serwowaną w wydzielonym tuż przy wejściu kąciku kawowym. Z cenami towarów zapoznamy się dzięki jednemu z czterech dużych, 15-calowych czytników kodów. A jeżeli w trakcie zakupów poczujemy się spragnieni, wyciśniemy i zabutelkujemy sobie sok z pomarańczy. Po co te bajery? Żebyście wreszcie przestali zawracać głowę panom i paniom w zielonych uniformach. Jest ich zbyt mało i są zbyt zajęci, by non stop wam pomagać. W innych sklepach dyskont radzi sobie np. udostępniając klientom skanery kart Moja Biedronka.

Biedra pociągnie resztę

To moim skromnym zdaniem oznacza zapoczątkowanie małej rewolucji. Biedronka zostawiła konkurencję daleko w tyle – ma w Polsce prawie 3 tys. sklepów – o 2 tys. więcej niż Dino, nie mówiąc już o Lidlu, który ma ich ledwie kilkaset. Coś, co przyjmie się w Biedrze, zaczyna wyznaczać rynkowy standard. To nie są już niszowe eksperymenty w rodzaju Bio Family, które docierają do hipsterów.

Wierzę zresztą w instynkt samozachowawczy JM – jeżeli Polacy nie byliby gotowi na zrezygnowanie z obsługi pracowników, nikt nie wciskałby im tego na siłę. Zbyt wiele jest do stracenia.

Sieć bierze więc na własne barki ostatni etap przyzwyczajania klientów do automatycznych kas. Dużą część pracy wykonał tu handel internetowy. Gros zakupów świątecznych zrobimy za chwilę przez internet. Po kilku kliknięciach, kurier dostarczy nam paczkę z towarem do Paczkomatu. I co? Obywamy się bez nawet pośredniego kontaktu z żywą osobą.

Handel tradycyjny uchodził długo za ostoję konserwatyzmu. Bo zakupy robią tu wszyscy. Starzy i młodzi, biedni i bogaci, a nie tylko oblatana w internetach młodzież. Ewolucja zakupów w sklepach stacjonarnych miała przebiegać długo i w męczarniach. Widać coś drgnęło.

I w sklepach bez obsługi możemy się obudzić szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.