Co z sankcjami za Nord Stream 2? Rosjanie kończą budowę, a Amerykanie czekają

Odkąd Rosjanie na początku roku ogłosili, że zamierzają zakończyć budowę rurociągu Nord Stream 2 (2300 km jest już gotowe, brakuje ok. 150 km głównie na wodach duńskich), znów mamy do czynienia z polityczną karuzelą, która co chwilę mąci obraz.

Ten wydawał się do tej pory klarowny: inwestycji sprzeciwiają się Stany Zjednoczone, które najchętniej same dostarczałyby gaz do Europy, a tu Moskwa wciska się z rurą. Chodzi o nawet 110 mld m3 rocznie. 

Razem z Waszyngtonem występowała w jednym szeregu Warszawa. Po drugiej stronie barykady są Niemcy, ale nie tylko. Inne państwa członkowskie UE też zaczynają coraz przychylniej patrzeć na NS2, zwłaszcza po mroźnej zimie, która mocno zrewidowała zapotrzebowanie energetyczne w Europie.

Tymczasem może się okazać, że Stany Zjednoczone wcale nie będą chciały nowymi sankcjami walczyć z rosyjskim rurociągiem. Jednocześnie amerykańska ambasada w Polsce zarzeka się, że czas jest przeciwko NS2. 

To zły interes dla Europy i wyraźny przykład agresywnych działań Rosji prowadzących do podziałów w regionie

– informuje na Twitterze Bix Aliu, charge d’affaires, a.i. USA w Polsce.

Joe Biden odpuszcza Nord Stream 2?

Jeszcze podczas rozmowy pod koniec stycznia między prezydentem Joe Bidenem a niemiecką kanclerz Angelą Merkel z ust amerykańskiego przywódcy miały paść stwierdzenia, że NS2 jest niekorzystny dla Europy. Wydawać by się więc mogło, zgodnie też z wcześniejszymi zapowiedziami, że 46. prezydent USA będzie w tej sprawie zgodny z działaniami administracji Donalda Trumpa, który od początku ostro sprzeciwiał się tej rosyjskiej inwestycji.

Bizblog.pl poleca

Wszystko zmieniło się tydzień temu, 19 lutego. Podczas swojego wystąpienia na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa Joe Biden o Nord Stream 2 nie powiedział ani słowa. Owszem, było o tym, że prezydent Rosji Władimir Putin dąży do osłabienia NATO i chce podważyć transatlantycką jedność. Ale o dostarczającej rosyjski gaz rurze na morskim dnie – cisza. Obserwatorzy zgodnie oceniają owo milczenie o NS2 jako próbę wyciągnięcia amerykańskiej ręki do Niemiec. Biden bowiem za jeden z priorytetów swojej międzynarodowej polityki obrał poprawę stosunków z Niemcami. Te prezydentura Trumpa praktycznie zdewastowała. 

Dlatego Biden w Monachium o NS2 nic nie powiedział, żeby nie drażnić też Merkel, która uparcie utrzymuje, że budowa rosyjskiego rurociągu to decyzja biznesowa, a nie polityczna. Zwłaszcza że Niemcy też wypatrują porozumienia z USA w tej sprawie. Jak donosi Deutsche Welle jeszcze przed wyborczym rozstrzygnięciem za oceanem niemiecki minister finansów Olaf Scholz miał oferować pomoc w imporcie gazu płynnego z USA, jeśli tamtejsza administracja zrezygnuje z gróźb wobec rosyjskiego projektu gazociągu.

Sankcje to tylko jedno z wielu narzędzi

Tymczasem w USA wytwarzana jest coraz większa presja na prezydenta Bidena w sprawie sankcji w związku z budową NS2. Tak też zakłada ustawa, która weszła w życie 1 stycznia 2021 r. Jeszcze przed wyjazdem Joe Bidena do Monachium do sekretarza stanu Antony’ego Blinkena list w tej sprawie napisało dwóch demokratów i dwóch republikanów. Żądają w nim jednoznacznej deklaracji ws. stosunku Joe Bidena do NS2. Kongres USA już wcześniej oczekiwał raportu wskazującego, w które konkretnie firmy biorące udział w budowie NS2 będą wycelowane sankcje. Ale nic takiego się nie stało.

Czy to znaczy, że Waszyngton kapituluje w sprawie NS2? Rzeczniczka prasowa Białego Domu Jen Psaki niezmiennie podkreśla, że ta inwestycja naraża Ukrainę i Europę Środkową na rosyjską manipulację. Jest też jej zdaniem sprzeczny z celami energetycznymi i celami bezpieczeństwa Europy. Z kolei wcześniej Departament Stanu USA informował serwis Politico, że „sankcje są tylko jednym z wielu ważnych narzędzi”.Jakich? Wciąż nie wiadomo.