Niemcy kończą z węglem raz na zawsze, a my? Jak zwykle zamiast Zachodu wolimy gonić własny ogon

Mimo popełnianych błędów niemiecki rząd stara się planować i koordynować transformację gospodarczą kraju. W Polsce panuje legislacyjny chaos i od pięciu lat nie zdołano przyjąć długoterminowej strategii rozwoju energetyki. Czy właśnie tak chcemy gonić Zachód?

Fot. Debaudh Majee z Pixabay

Niemiecki parlament zdecydował, że odejdzie od węgla najpóźniej w 2038 r. Wyobrażam sobie gromy, jakie w związku z tą informacją będą ciskać polscy komentatorzy zajmujący się energią i klimatem. Część z nich stwierdzi, że przecież to nieistotne, bo rzekomo proklimatyczni Niemcy chcą równolegle wycofywać energetykę jądrową. W ten sposób emisja gazów cieplarnianych w ujęciu całościowym nie spadnie. Inni dodadzą, że to tylko wybieg wizerunkowy Berlina, bo odnawialne źródła energii są zmienne i coś musi pracować w podstawie systemu energetycznego. Skoro nie będzie to węgiel i atom, to na stole pozostaje jeszcze tylko rosyjski gaz.

Bizblog.pl poleca

Taka to już nasza narodowa cecha. Wszystko na okrętkę, byle nie tknąć meritum. Dlatego idąc pod prąd, z powodu przekornego charakteru, postanowiłem krótko odnieść się do tego, co w informacji płynącej z Niemiec jest naprawdę ważne.

Pomiędzy koordynacją i chaosem

Przede wszystkim z perspektywy Polski wydaje się czymś absolutnie nadzwyczajnym wyznaczenie na poziomie parlamentarnym daty granicznej, która ma stanowić cenzurę głębokiej transformacji newralgicznej części gospodarki. Nie chodzi tu nawet o szeroki konsensus polityczny w sprawie zielonego kierunku, w jakim powinni zmierzać Niemcy (w Polsce nie jest to nadal oczywiste), ale sam fakt traktowania tej inicjatywy legislacyjnej na poważnie.

Zestawmy przykład niemiecki z naszymi warunkami, gdzie polscy przedsiębiorcy są zmuszeni od pięciu lat podejmować kosztowne decyzje inwestycyjne bez rządowego drogowskazu. Dotąd nie przyjęto bowiem strategicznego dokumentu Polityka Energetyczna Polski do 2040 r. Być może będzie to miało miejsce w końcówce bieżącego roku, ale jak na razie wszystkie inicjatywy transformujące energetykę krajową są wdrażane w sposób nieskoordynowany.

Oczywiście istnieją poszczególne przepisy, ale ten poddawany częstym nowelizacjom (nawet kilkukrotnym!) gąszcz legislacyjny nie określa, w jakim kierunku całościowo powinna rozwijać się energetyka. To niedookreślenie powoduje, że w polskiej rzeczywistości branża wiatrakowa może przez kilka lat szybko się rozwijać, by po przegłosowaniu ustawy odległościowej z dnia na dzień stanąć przed widmem bankructwa. I to mimo tego, że rozwój OZE jest teoretycznie pożądany. Powodem jest brak drogowskaz, jakim byłoby przyjęcie długoterminowej strategii energetycznej. Nie zdziwiłbym się, gdyby inwestorzy aktywnie rozwijający ostatnio niezwykle modną fotowoltaikę za moment stanęli przed podobnymi dylematami jak wiatrakowcy.

Tymczasem w Niemczech zdarzają się pomyłki na poziomie inwestycji (odejście od węgla koliduje z oddaniem do użytku węglowej elektrowni Datteln 4), ale niemożliwością jest skasowanie całej branży, której rozwój przewiduje strategia rządowa. Bo ta strategia po prostu istnieje i to właśnie z tego powodu informacja o podaniu daty granicznej odejścia od węgla u naszego zachodniego sąsiada jest istotna i powinna zostać odnotowana.

W Polsce do dziś nie pokuszono się o ustawowe określenie daty, która stanowiłaby cenzurę dla naszej historii gospodarczej. Z pewnością nie służy to naszej ojczyźnie, ale najwyraźniej sprzyja rozlicznym grupom interesów. To nad tym powinni się pochylić krajowi komentatorzy, a nie nad wyszukiwaniem argumentów, którymi można ugodzić Niemców. Takie obracanie kota ogonem nie pomaga zrozumieć rzeczywistości, a jedynie odwraca uwagę od istoty problemu i pozwala wykreować wroga ogniskującego na sobie negatywne emocje.

Pomiędzy konkretem i populizmem

Jak już wskazałem, komentując wyznaczenie przez Niemcy w 2038 r. daty granicznej dla odejścia od węgla, trzeba zwrócić przede wszystkim uwagę na to, że prowadzą zaplanowaną i skoordynowaną politykę w kontrze do nieskoordynowanych i chaotycznych polskich działań. Należy także podkreślić kontekst kultury politycznej mocno powiązanej z legislacją. Nie chodzi tu jedynie o stałość prawa niemieckiego w stosunku do polskiego, ale przede wszystkim przekonanie, że jest tworzone w konkretnym celu, a nie dla celów wizerunkowych. Nawet przyjęcie Polityki Energetycznej Polski do 2040 r. nie przybliżyłoby cywilizacyjnie naszego kraju do Niemiec, ponieważ jej założenia są nierealne. Dokument ma zakładać udział energetyki jądrowej w strukturze wytwarzania energii, mimo że budowa pierwszej siłowni jest prowadzona od dekady tylko na papierze.

Pozostając w tej poetyce, można założyć, że również wyznaczenie daty granicznej odejścia Polski od węgla nie przybliżyłoby naszego państwa do tego, co zrobili Niemiec. Z prostego powodu – u nas nikt nie traktowałby tej cezury poważnie. Panowałby przekonanie, że to niewinny kaprys, którego żywot zakończy rekonstrukcja bądź upadek rządu.

Wiele miejsca poświęca się w Polsce dyskusjom o tym, jak nasza gospodarka goni Zachód. Warto byłoby poszerzyć ten dyskurs, uzupełniając go o refleksje zestawiające nasze podejście do transformacji z niemieckim. Czy chaosem da się zwyciężyć porządek i koordynację? Populizmem politykę konkretów? Warto odpowiedzieć sobie na te pytania, zanim skomentujemy informację o wyznaczeniu przez Niemców daty granicznej odejścia od węgla.

Piotr Maciążek: publicysta specjalizujący się w tematyce sektora energetycznego. W 2018 r. nominowany do najważniejszych nagród dziennikarskich (Grand Press, Mediatory) za stworzenie fikcyjnego eksperta Piotra Niewiechowicza, który pozyskał wrażliwe informacje o projekcie Baltic Pipe z otoczenia ministra Piotra Naimskiego. Autor książki „Stawka większa niż gaz” (Arbitror 2018 r.), współautor książki Młoda myśl wschodnia (Kolegium Europy Wschodniej 2014 r.). Obecnie pracuje nad kolejnym tytułem – tym razem dotyczącym polskich służb specjalnych.