Optymiści w zamykaniu niemieckich elektrowni jądrowych widzą szansę dla polskiego węgla. Niesłusznie

Szwedzi przyznają, że wraz z ograniczeniem energii jądrowej rośnie ich uzależnienie od paliw kopalnych. Na wieść o tym w Polsce wielu zaczęło trzymać kciuki, żeby Niemcy też jak najszybciej pożegnali atom, bo wtedy polski węgiel zyska na znaczeniu. Naprawdę?

Zwolennicy węgla w Polsce mają teraz swój czas. Nie może też być inaczej, skoro odwracająca się na każdym kroku od węglowej energii Szwecja teraz, ściśnięta przez wyjątkowy mróz, musi nagle ratować się paliwami kopalnymi. Wszystko z dwóch powodów: pod koniec 2020 r. wyłączono reaktor jądrowy R1 (w 2019 r. taki los spotkał reaktor R2), a po drugie w kraju Trzech Koron padł rekord zimowego zapotrzebowania energetycznego. W efekcie Szwedzi muszą importować energię opartą na węglu z Polski, Niemiec i Litwy. 

Bizblog.pl poleca

Prof. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej w rozmowie z „Trybuną Górniczą” przekonuje, że Szwedzi wykonali nie do końca przemyślany ruch. Jego zdaniem Polska niestety idzie tym samym tropem.

Niestety wykonujemy ten sam ruch w górnictwie, zamykając nasze kopalnie. Tymczasem one za kilka lat będą nam bardzo potrzebne

– przewiduje ekspert.

Nasi zachodni sąsiedzi też robią ten sam błąd?

W godzinach szczytu w Szwecji w ostatnich dniach niedobór energii wyniósł 1700 MW. Wcześniej to nie był problem, bo i mrozy były jednak lżejsze i też był energetyczny balast ze strony reaktorów jądrowych. Teraz jednak wszystko się zmieniło, co – jak wskazują eksperci w Szwecji – na nowo uzależnia trochę kraj od paliw kopalnych. Z tego względu też uruchomiono zapasową elektrownię na olej opałowy w Karlsham na południu Szwecji.

Taki energetyczny zwrot w Szwecji jest jak najbardziej po myśli przeciwników dekarbonizacji w Polsce. Otrzymali teraz do ręki niepodważalny ich zdaniem argument, że im mniej energii jądrowej, to tym więcej tej „brudnej”, z paliw kopalnych. A skoro światem rządzi taka zasada, to trzeba się spodziewać, że za chwilę w kolejce po polski węgiel ustawią się też Niemcy, którzy przecież też postanowili odwrócić się plecami od atomu.

Przeciwnicy wyrzucania węgla z Polski nie biorą jednak pod uwagę, że w Szwecji mieliśmy do czynienia po prostu ze zbiegiem pewnych niespodziewanych okoliczności, a z kolei Niemcy – jak to Niemcy – mają wszystko zaplanowane na ostatni guzik i lepiej w tym szansy dla polskiego węgla jednak nie upatrywać.

Niemcy żegnają swój atom nieco inaczej

Bezpośrednim bodźcem dla niemieckiego rządu do podjęcia decyzji o zamykaniu elektrowni jądrowych była katastrofa w japońskiej Fukushimie w 2011 r. Jeszcze w czerwcu tego samego roku rząd Niemiec podjął decyzję o natychmiastowym wycofaniu z eksploatacji ośmiu elektrowni jądrowych i stopniowym odchodzeniu od energii jądrowej do 2022 r. Potem ten plan zatwierdził Bundestag, a na koniec Rada Federalna.

Jednocześnie przyjęto ustawę o rozwoju odnawialnej energii. Wśród jej zapisów znalazł się też ten o oszczędzaniu kopalnych źródeł energii. Udział energii z OZE ma w 2025 r. wynieść co najmniej 40 proc. i nie mniej niż 80 proc. do 2050 r. 

Nasi zachodni sąsiedzi jak najbardziej ostro skręcili w zielone, ale z solidnymi zapasami energii z paliw kopalnych. Taki jest też zamysł budowania na południu Niemiec nowych elektrowni gazowych, które mają służyć głównie jako magazyny rezerwy energii.

Inżynier przemysłowy Maike Schmidt w rozmowie z Süddeutsche Zeitung zwraca uwagę, że obecnie Niemcy wytwarzają więcej prądu, niż zużywają, ale zaznacza, że nadwyżka jest jednak mniejsza niż produkcja wszystkich elektrowni jądrowych razem wziętych. Ekspert uważa, że wiele analiz wskazuje, że do 2025 r. w Niemczech nie będzie jednak z tego powodu żadnych problemów. A co potem? Rozbudowana ma być do tego czasu sieć energetyczna i większe znacznie będzie miało OZE, na które rozwój Niemcy tylko w zeszłym roku wydali rekordowe 30,9 mld euro. W kolejnych latach te nakłady mają tylko rosnąć. 

Polska znowu idzie w odwrotnym kierunku

Szybko może więc się okazać, że Niemcy zamykają elektrownie atomowe do końca 2022 r. ale z tego powodu wcale nie będą potrzebować polskiego węgla. Lepiej zdać sobie sprawę, że Polska znowu postanawia iść w odwrotnym kierunku od reszty. Inne kraje decydują się na zamykanie swoich elektrowni jądrowych.

Polska jest parę pięter niżej i chce dopiero żegnać węgiel, który ma zastąpić… energia jądrowa. Tak przynajmniej ustalono w przyjętej przez rząd „Polityce Energetycznej Polski do 2040 r.”, którą jednak w głównej mierze ma determinować przyszła umowa społeczna z górnikami. Zgodnie z przyjętym na razie drogowskazem udział węgla w miksie energetycznym z dzisiejszych 74 proc. ma spaść do 11-28 proc. w 2040 r. Za to już w 2033 r. ma działać u nas jeden blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1-1,6 GW.

W sumie, w odstępstwie kolejnych 2-3 lat, powstać ma sześć takich bloków. Dodatkowo moc farm wiatrowych ma wzrosnąć do ok. 5,9 GW w 2030 r. i do ok. 11 GW w 2040 r. Dzięki temu w najbliższej dekadzie powinno udać się zredukować emisję gazów cieplarnianych o ok. 30 proc.