Polacy klną w żywy kamień, próbując dodzwonić się do lekarza. NFZ też. I nawet wygraża przychodniom

NFZ od kilku tygodni wysyła „tajemniczych pacjentów”, by sprawdzić, jak przychodnie w czasie pandemii wywiązują się ze swoich obowiązków. Jeśli podstawionemu kontrolerowi nie uda się dodzwonić do rejestracji i umówić na wizytę u lekarza tego samego dnia, NFZ straszy karami. Szkoda, że dopiero teraz w czasie „katastrofy medycznej”.

Kaszlesz. Nawet bardzo. Gorączki niby nie ma, ale zmagasz się z osłabieniem. Czas do lekarza. Ale jak to się robi w czasie pandemii? Skoro są teleporady, to znaczy, że w przychodni masz się nie pojawiać. A więc dzwonisz.

7.45. Odzywa się automat: „Jesteś 77. w kolejce”. Czekasz. Robi się 8.30, potem 9.00, około 9.30 w końcu odbiera człowiek i dowiadujesz się, że niepotrzebnie wisiałeś na telefonie prawie dwie godziny, bo numerków na dziś do lekarza już nie ma.

No to co mam zrobić? „Pani poczeka do wieczora i pójdzie do nocnej opieki zdrowotnej”. Idę.

Bizblog.pl poleca

Na drzwiach: „Uwaga! Nie wchodzić, najpierw należy zadzwonić pod nr. …”. Dzwonię. Odbiera lekarz, który oburzony mówi mi, że z kaszlem to mnie nie przyjmie, bo mogę mieć koronawirusa. I odsyła do lekarza rodzinnego. I ja go nawet rozumiem. Tylko, żeby dostać się do lekarza rodzinnego, muszę się najpierw dodzwonić do rejestracji. Próbuję następnego dnia, tym razem od 7 rano. Znów klęska, po ponad godzinie wiszenia na linii brak numerków.

Kolejnego dnia odpuszczam i idę zarejestrować się osobiście. Staję w kolejce przed przychodnią o 6.30 rano, przychodnia czynna dopiero od 7.00, a na zewnątrz już spora kolejka. W końcu udaje mi się zarejestrować na teleporadę.

NFZ oczekuje cudów

Ale mam jakieś poczucie, że to szczyt absurdu, że aby dostać się na bezkontaktową wizytę trzeba przyjść osobiście do przychodni, postać w kolejce z innymi ludźmi, a potem nakaszleć jeszcze trochę na panią w rejestracji i wtedy już spokojnie można wrócić do domu i czekać na telefon od lekarza.

Zostawmy czasy pandemii. Nawet rozumiem, że przychodnie się nie wyrabiają. Problem w tym, że  takie wiszenie na telefonie, żeby się zarejestrować do lekarza rodzinnego, które zwykle kończy się fiaskiem, to klasyka również z przedpandemicznych czasów.

Kiedy byłam dzieckiem i chorowałam, tata wychodził o godz. 5.00 rano, żeby ustawić się w kolejce przed jeszcze zamkniętą przychodnią i zarejestrować mnie na wizytę. Od tamtej pory niewiele się zmieniło. Dziś ja w takich kolejkach stoję, kiedy choruję, bo nie liczę, że uda mi się załatwić to telefonicznie. Owszem, coś tu nie działa, ale nie od wczoraj.

Teraz Narodowy Fundusz Zdrowia też zorientował się, że nie działa i postanowił wymóc na przychodniach, by usprawniły system telefonicznej rejestracji. Tylko czy to dobry moment, żeby oczekiwać cudów?

Lekarze: Pracujemy w sytuacji katastrofy medycznej

Jak informują lekarze z „Porozumienia Zielonogórskiego”, NFZ od kilku tygodni nasyła na przychodnie kontrolerów, którzy udają pacjentów. Jeśli nie uda im się od razu dodzwonić lub umówić na wizyty tego samego dnia, przychodnie otrzymują pisma z groźbą kar umownych „z tytułu niezapewnienia bieżącej rejestracji świadczeniobiorców”.

Oderwanym od rzeczywistości urzędnikom przydałby się choć tygodniowy staż w rejestracji przychodni POZ, mogliby nie tylko nam pomóc, ale i poznać realia pracy w czasie pandemii

– skarżą się POZ-y „Porozumieniu Zielonogórskiemu”.

Z kolei szefowa jednej z przychodni, która dostała pismo z groźbą kary tłumaczy, że kontroler zadzwonił po południu, w dodatku otrzymał propozycję teleporady lub osobistej wizyty następnego dnia.

Pracujemy w ekstremalnych warunkach, odbieramy i wykonujemy dziesiątki telefonów dziennie (nie wspominając o osobistych wizytach pacjentów), więc nic dziwnego, że nie zawsze się można dodzwonić przy pierwszej próbie

wyjaśnia.

I dodaje, że Ministerstwo Zdrowia ani NFZ nie zrobili nic, żeby pomóc przychodniom usprawnić kontakt telefoniczny z pacjentami.

Zarówno tego typu kontrole, jak i grożenie karami świadczą o tym, że urzędnicy żyją w jakiejś bańce, równoległej rzeczywistości. Nie dostrzegają, że pracujemy w sytuacji katastrofy medycznej, którą pogłębia jeszcze wszechobecny w różnych instytucjach chaos. I tylko, że POZ jeszcze działa, ta katastrofa nie jest totalna

mówi z kolei Andrzej Zapaśnik z Pomorskiego Związku Pracodawców Ochrony Zdrowia „Porozumienie Zielonogórskie”.

I chyba ma rację. Klnę na czym świat stoi za każdym razem, kiedy nie jestem w stanie umówić się do lekarza – ani przez telefon, ani osobiście, jeśli nie przyjdę o 7.00 rano, a najlepiej przed. Ale oczekiwanie NFZ, że coś, co nie działa od lat nagle zacznie działać i to w ekstremalnie utrudnionych warunkach to jakieś wariactwo. Owszem w życiu trzeba być marzycielem, ale czasem trzeba być też realistą.