Netflix otwiera oczy niedowiarkom. Jak Bareja w kultowym „Misiu”

Nigdy nie pisałem teksu z motto na początku, najwyższa więc pora żeby to zmienić. Oto motto:

– Powiedz mi, po co jest ten miś?
– Właśnie, po co?
– Otóż to. Nikt nie wie, po co i nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz, co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa To jest Miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to jest nasze, przez nas wykonane, i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Motto jest oczywiście cytatem i wrócę do niego na końcu. A teraz coś z pozornie zupełnie innej beczki.

Netflix pokazał właśnie wyniki finansowe za czwarty kwartał 2020 roku, a po ich publikacji notowania spółki wzrosły o 13 proc.

W sumie nic nadzwyczajnego – mogłoby się wydawać. Wszak wyniki spółki giełdowe podają co trzy miesiące, a ulubieńcy inwestorów, czyli tak zwane spółki technologiczne z Kalifornii lubią sobie po takich publikacjach podskoczyć w górę dość mocno. Spadają znacznie rzadziej.

Bizblog.pl poleca

Jest jednak w tym podskoku Netfliksa coś wyjątkowego

To coś, co zdarzyło się pierwszy raz. Wartość rynkowa tej spółki tak naprawdę wcale nie wzrosła w reakcji na wyniki finansowe, ale na coś, co władze spółki zdradziły przy okazji. Same wyniki wcale nie wyglądają zachwycająco. Owszem, przychody urosły o 21,5 proc. do 6,64 mld dolarów, ale jak na tę spółką 21 proc. to niedużo. Pod koniec 2019 przychody Netfliksa rosły o ponad 30 proc. Zysk wyniósł 542 mln dolarów, znacznie mniej niż w poprzednich kwartałach roku, gdy przekraczał 700 mln i mniej niż rok wcześniej, gdy sięgał 587 mln dolarów.

Ci bardziej zaznajomieni z realiami rynkowymi i tym, co tak naprawdę interesuje inwestorów w wynikach Netfliksa, mogą te liczby zbywać stwierdzeniem, że przecież nie chodzi o zyski, tylko o to, jak szybko spółka powiększa bazę klientów i o to, czy generuje z działalności strumienie cennej gotówki, czy trzeba do niej wciąż tej gotówki dosypywać. Ale tutaj też czają się rozczarowania. Liczba klientów Netfliksa przyrosła o 8,5 mln osób. To wprawdzie więcej niż wynosiły oficjalne oczekiwania rynkowe (czyli średnia z oczekiwań szeregu analityków rynkowych), ale przecież to także mniej niż rok temu, gdy baza klientów powiększyła się o 8,8 mln osób. Do tego spółka zapowiedziała, że w pierwszym kwartale 2021 roku spodziewa się przyrostu liczby subskrybentów tylko o 6 mln osób.

Moim zdaniem gdyby rynek chciał przyjąć wyniki Netfliksa negatywnie, to tutaj miałby świetny pretekst do takiej reakcji i wszystkie biznesowe media pisałyby, że to dlatego. Ale jak wiadomo, tym razem rynek był nastawiony pozytywnie i nie szukał dziury w całym.

Nie przejął się także tym, że spółka w czwartym kwartale przepaliła 284 mln dolarów (zysk netto był tylko na papierze, a jeśli chodzi o faktyczne rozliczenia pieniężne, to w kasie na koniec okresu było mniej pieniędzy niż na początku). Inwestorzy pewnie uznali, że to taka sezonowość, bo rok temu w czwartym kwartale w tej rubryczce też był minus i to nawet większy (-1,67 mld USD). Tę informację faktycznie można było zinterpretować pozytywnie, bo minus zmalał. A na dodatek przez trzy wcześniejsze kwartały Netflix regularnie generował ze swojej działalności operacyjnej gotówkę, więc w całym 2020 roku był pod tym względem na wyraźnym plusie. 1,92 mld dol. wypracowanych w ciągu dwunastu miesięcy, już po uwzględnieniu wydatków inwestycyjnych, to z pewnością jest wyraźny plus.

Bardzo ważna deklaracja Netfliksa

Tu dochodzimy do prawdziwej przyczyny entuzjastycznej reakcji rynkowej i jednocześnie do informacji, która wygląda jak prawdziwy przełom. Tą przyczyną jest jeden akapit w raporcie kwartalnym, w którym jest napisane tak:

„Wierzymy, że jesteśmy bardzo blisko osiągnięcia w sposób trwały dodatnich przepływów gotówkowych. W 2021 powinny one być w okolicach zera. Biorąc pod uwagę to, że mamy obecnie 8,2 mld USD gotówki i 750 mln USD linii kredytowej, z której na razie nie korzystamy, wierzymy, że nie będziemy już więcej potrzebować sięgać po finansowanie zewnętrzne, aby podtrzymywać naszą codzienną działalność. Generując nadwyżki gotówkowe, zamierzamy utrzymywać nasze zadłużenie na poziomie 10-15 mld dolarów, co pozwoli nam rozważyć zwrot gotówki do inwestorów za pomocą skupu akcji własnych z rynku (stock buybacks), tak jak to robiliśmy w latach 2007-2011”.

Oczywiście w 2007 czy 2009 roku Netflix był nieco inną firmą, zajmującą się czymś innym, na pewno nie był serwisem streamingowym, bo nim stał się kilka lat później. Kiedy to się stało, wymagał nieustannego dokładania kapitału, po to, aby zbudować odpowiednią skalę biznesu, zarówno jeśli chodzi o zasoby treści (filmów, seriali), jak i klientów, którzy płacą abonament. Trwało to blisko dziesięć lat, a po drodze było wielu takich, który twierdzili, że Netflix nigdy nie wyjdzie z tej fazy i będzie w ren sposób funkcjonować tak długo, aż inwestorom znudzi się dokładanie pieniędzy i wtedy serwis upadnie.

Netflix kończy z paleniem kasy

Tymczasem w przytoczonym akapicie wydarzyły się dwie kluczowe rzeczy. Po pierwsze Netflix oficjalnie ogłasza, że właśnie wyszedł z fazy kapitałochłonnego rozwoju i wszedł w fazę dojrzalszą, komunikując inwestorom, że tyle, ile od nich pobrał już mu wystarczy do tego, żeby dalej iść do przodu samodzielnie. Więcej pieniędzy nie będą już potrzebować.

To samo w sobie jest przełomem. Ale to nie wszystko, bo dodatkowo pada zapowiedź możliwości skupu akcji, którego sens biznesowy jest taki sam, jak wypłaty dywidendy z zysku, tylko w przeciwieństwie do dywidendy jest nieopodatkowany. Spółka skupuje akcje, po czym zwykle je umarza, przez co tych akcji jest mniej, więc ich cena powinna rosnąć, bo wartość całej spółki jest rozłożona na mniejszą liczbę akcji. Kiedy więc one drożeją, wtedy ich właściciele stają się bogatsi. Zupełnie jakby dostawali dywidendę. Skup akcji stanowi też często blokadę chroniącą przed spadkami notowań w czasach giełdowej dekoniunktury. Niektórzy inwestorzy mogą wtedy sprzedawać akcje w popłochu, nie patrząc na cenę, co zwykle wywołuje jej spadek. Ale jeśli z drugiej strony spółka te akcje skupuje, to swoimi zleceniami kupna może równoważyć podaż akcji i tym samym zapobiegać spadkom cen. Często więc nawet samo ogłoszenie zamiaru uruchomienia skupu akcji napędza ich ceny, bo zlatują się inwestorzy zwabieni taką perspektywą prawdopodobnych wzrostów notowań i mniejszego ryzyka spadków. Dokładnie to się dzieje teraz z Netfliksem, który po ledwie napomknięciu o ewentualnych buybackach w przyszłości od razu podrożał o kilkanaście procent.

Jest w tym jednak jeszcze wymiar dodatkowy, bardziej symboliczny. Na buybacki stać tylko najbogatsze, najstabilniejsze firmy. Takie, które mają tyle gotówki, że już same nie wiedzą, co z nią robić. Mogłyby ją w coś zainwestować, ale nie wiedzą w co, nie widzą atrakcyjnych okazji inwestycyjnych, itd. Wtedy postanawiają zwrócić tę gotówkę swoim właścicielom, za pomocą dywidend, albo właśnie skupów akcji. Netflix więc tym samym sygnalizuje nie tylko to, że już nie potrzebuje zastrzyków gotówki od nikogo. On pokazuje nawet coś więcej: że będzie miał tej gotówki tyle, że nawet będzie go stać na to, żeby ją zwracać właścicielom. Ten buyback w Netflixie jest więc trochę jak tytułowy Miś dla klubu Tęcza w znanym filmie.

Gdyby tylko prezes Netflixa Reed Hastings znał twórczość Stanisława Barei mógłby w trakcie swojego conference calla z inwestorami i analitykami powiedzieć tak:

Wiecie co robi ten buyback? On odpowiada żywotnym potrzebom całego akcjonariatu. To jest buyback na skalę naszych możliwości. Wiecie, co my robimy tym buybackiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Sprawdziłem. Niestety na Netfliksie nie ma obecnie ani jednego filmu Barei. Może kiedyś będą. Na razie muszą wystarczyć trwała rentowność, drożejące akcji i szeroko otwarte oczy niedowiarków.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.