Nauczanie online to nie tylko prowizorka. Różnice społeczne jeszcze mocniej się pogłębią

Po tym, jak w kilku stacjach telewizyjnych zobaczyłem doskonale sobie dające radę z nauczaniem online dzieci znanych dziennikarzy, powiedziałem z determinacją do lustra: jak oni dają radę, to ty z dwoma synami też dasz. Co z tego, że mam młodszych chłopaków? Będzie dobrze! Głupi jeszcze wtedy wierzyłem, że to ma jakieś ręce i nogi. Przykro mi. Nie ma.

W ostatnich dniach czułem się trochę jak na bezludnej wyspie. Oto minister edukacji zapowiedział rozporządzenie, na podstawie którego szkoły zamknięte przez koronawirusa będą dłużej, a na nauczycieli i dzieci (o rodzicach nie wspomniał, a szkoda) nakłada obowiązek nauczania online.

Bizblog.pl poleca

Co z tego, że w Polsce jednak nie wszyscy mają taki sam dostęp do tak samo szybkiego internetu? Co z tego, że są rodziny po prostu zacofane technologicznie, ale nie ze świadomego wyboru tylko z braku pieniędzy? Grunt, że poszedł sygnał na zewnątrz: pandemia szaleje, ale państwo polskie działa sprawnie. Uczą się dzieci w szkołach, a za chwile wybory…

Nauczenie online: jak obowiązek, to obowiązek, nie ma to tamto

Od początku uważałem, że przerwa w tradycyjnym nauczaniu potrwa znacznie dłużej niż pierwotne dwa tygodnie. Bardziej mówimy tutaj raczej o miesiącach. Więc może sensowniej byłoby rok szkolny po prostu przerwać i szykować się na następny – przez tę sztuczną przerwę wyjątkowo zintensyfikowany? W tym czasie można byłoby tłumaczyć dzieciom sens ich przedłużającej się izolacji i tego, co się wokół nich dzieje. Bo MEN jakoś ich edukacje w czasach pandemii zadbał, ale o psychikę już nie bardzo. A ta będzie w coraz gorszej kondycji. Dotyczy to nas, dorosłych, jak i nasze dzieci. 

Ale co tam. Nie raz widziałem jak PiS – mimo że absolutnie wszystkie znaki na ziemi i niebie na to wskazywały – nie cofał się ani o minimetr. To szczególna psychologia partii niezwyciężonej, która obok lepszych uposażeń ma konsolidować poszczególnych członków. A w tym przypadku dochodzi jeszcze jeden, niezmiernie istotny element: zaplanowane na 10 maja wybory prezydenckie, które przy sukcesie obecnie panującego prezydenta pozwolą PiS dalej rządzić i dzielić w kraju niepodzielnie (wisząca na włosku przewaga opozycji w Senacie to jednak margines).

Skoro tak, to można się zżymać na innych, bić głową w ścianę z rozpaczy, że inni nie widzą tego tak jak ja, ale koniec końców trzeba się dostosować. Przecież chodzi o nasze dzieci i to, żeby nie musiały potem nadganiać, czując do tego uciekającą do przodu klasę. Instrukcji jak postępować w przypadku mojego młodszego syna (II klasa, 9 lat) i starszego (VI klasa, 12 lat, dzięki innym politykom nie miał wyboru i musiał rozpoczynać swoją edukację w wieku 6 lat) nie brakowało. Nauczyciele bombardują nas nimi od kilku dni. SMS-ami, czy mailami. Pora i dzień nie ma znacznie. Niedziela, po godz. 21? Bardzo proszę. 

RODO-srodo, nauczanie online głupcze!

Z młodszym sprawa okazuje się szybka i prosta. Trzeba założyć konto na dzwonek.pl i potem stamtąd ściągnąć materiały do wydrukowania (pamiętacie, że w każdym polskim domu jest drukarka?) i po ich wydrukowaniu dać dziecku do nauczania. Samemu. Bo rodzice w pracy. Ale ze starszym było i jest o wiele ciekawiej. Pierwszy sygnał od nauczycieli był taki: proszę założyć konto na Discord. Potem znaleźć serwer konkretnej klasy syna i gotowe. Zaczynamy od godz. 8, w poniedziałek. Ciśnienie podskoczyło, jak wychowawczyni mojego starszego syna z rozbrajającą szczerością stwierdziła, że nie wie, czy te rozwiązania zadziałają w każdym środowisku, tym z symbolem ugryzionego jabłka też.

Okazało się, że nie było żadnych kłopotów. No to robimy, jak każą. Żona wpisuje swojego maila i zakładamy konto. Potem weryfikacja i jesteśmy pełną gębą przygotowani do nauczania online. Poniedziałkowy ranek witamy więc spokojnie. Logujemy się przed godz. 8 na założone dzień wcześniej konto i czekamy. Po 15 minutach na wskazanym przez nauczyciela serwerze jest w sumie 4 uczniów (razem z moim synem). Ale nie ma nauczycielki. Akurat z matematyki, ale w ogóle – jakiejkolwiek.

Razem z żoną przerywamy swoją pracę na home office i staramy się sprawdzić, co się dzieje. W końcu, na szkolnym profilu na FB wyczytujemy, że w tej klasie zdalne nauczanie rozpocznie się jednak w środę. Nie do końca rozumiem, dlaczego wysyłająca do nas z częstotliwością karabinu maszynowego maila wychowawczyni naszego syna, w którejś wiadomości nie informuje o zmianie terminu. Ale co tam, nie ma co się denerwować. Jesteśmy przecież przygotowani jak nie w poniedziałek, to w środę.

Ale tego samego jeszcze dnia, grubo po godz. 20 (to norma w czasach e-dziennika) otrzymujemy informację od wychowawczyni: nie będziemy jednak korzystać z Discord. Proszę zalogować się na Office 365. I podany jest stworzony w tym celu mail mojego syna – bez jego wiedzy, bez wiedzy także jego rodziców. Office żąda, to trzeba stworzyć, a nie ma co tracić więcej czasu i prosić o to rodziców. Pani wychowawczyni nie zająkuje się nawet o naszych danych wpisanych w Discord.

Bez znaczenia jest też powielanie danych z kolei na serwerze Office 365. Na chwilę wpadam w zadumę: zaraz – myślę – przecież do ochrony naszych danych stworzono już tyle regulacji i przepisów. I co? To wszystko prowizorka? W zderzeniu rzeczywistością przegrywa? Potem przychodzi olśnienie: RODO-srodo, liczy się udawanie, że wszystko działa, a nie tam jakie dane osobowe. To czas pandemii, czas wojny, a nie głupich przepisów. 

Liczy się tylko władza, kosztem nawet dzieci

Chociaż wątpliwości w mojej głowie zaczynają wylewać się uszami, to jednak robię tak, jak nauczyciele każą. Starszy syn ma więc już konto na Office 365, na podstawie maila, do którego normalnie nie ma dostępu, ale co tam. Działa? Działa, więc przestańmy się czepiać. Patrzę po zalogowaniu na to, co się wyświetla i szybko dochodzę do wniosku, że tutaj rządzić będzie zasada jak u młodszego: materiały do wydrukowania i do przekazania dzieciom. A jeżeli tak, to po co nakaz logowania się na kolejne serwery, powielanie tam swoich danych osobowych, skoro te same materiały można przesyłać mailem – czyli kanałem w kontaktach z rodzicami znanym nauczycielom aż nadto? Po cholerę takie udawanie?

Ano to ten sam mechanizm, dzięki któremu w kolejnych serwisach informacyjnych (tak naprawdę niezależnie od stacji) wiedzę uśmiechnięte dzieci (zazwyczaj w wieku kończącym podstawówkę lub już licealnym, wiadomo: tak łatwiej), które same, na laptopie organizują swoje nauczanie zdalne i do kamery tryskają dumą i samozadowoleniem. Skoro zaś w tak ciężkich warunkach organizacja edukacji polskich dzieci nie napotyka na większe przeszkody (tak wszak to wynika i ze słów szefa MEN i z tych dziennikarskich materiałów, o politykach pewnej formacji nie wspominając), to najwidoczniej jakoś sobie radzimy z pandemią. Nie musimy swojego życia całkowicie odwracać do góry nogami. Tym samym nie ze wszystkich wcześniej umówionych terminów musimy się wycofywać, prawda?

Cel bowiem tego bardzo szeroko zakrojonego mechanizmu jest jeden: przeprowadzić 10 maja wybory prezydenckie. Wszak oczywistą oczywistością jest to, że w czasach zagrożenia nawet najbardziej wybredny wyborca woli znaną władzę i ochronić się w jej ramionach niż wybierać nową, czyli niepewną. Niepewność w czasach niepewnych po prostu nie pasuje. I w ten mechanizm, mający wszystkim udowodnić, że w drugim tygodniu maja będzie można bez problemu udać się do – nomen omen – urn, właśnie wrzucono dzieci, nauczycieli i rodziców. 

Kompletnie nie ma znaczenia, jakim sprzętem komputerowym i jakim oprogramowaniem dysponują rodzice dzieci jak Polska długa i szeroka. Nie liczy się to, że na przykład moja znajoma z trzema synami na głowie i niemogącym czasowo pracować mężem staje na rękach, żeby ogarnąć to nauczanie online. Z jednym laptopem pod ręką. A przecież takich ludzi jest znacznie więcej. I kłopotów również. Czy ktoś pomyślał, co się stanie, jak łącze uczącego się online dziecka będzie przeszkadzać rodzicom zarabiać pieniądze na home office? To przecież ma drugorzędne, o ile nie dalsze jeszcze bardziej znaczenie. Liczy się prowizorka. Bo polityka nie bierze jeńców, ot co.

Nauczania online najpierw muszą nauczyć się sami nauczyciele

Już wiem, że starszy syn jednak od środy nie będzie miał nauczania za pośrednictwem Office 365. Nauczyciele muszą sprawdzać łącza wszystkich uczniów, ale najpierw czeka ich samych szkolenie z tego typu przekazywania wiedzy uczniom. Więc, jak poinformowała nas wychowawczyni syna, na razie owo nauczanie online będzie odbywać się na starych zasadach: za pomocą e-dziennika. Z kolei pani nauczycielka od młodszego przekazała, żeby nie przejmować się, jak dobra odpowiedź w zadaniu będzie oznaczona jako zła, bo w tych arkuszach online zdarzają się jeszcze błędy. Tak więc ledwo, ledwo, ale jakoś do końca tego roku szkolnego chyba dotrzemy.