Najbiedniejsi Polacy mają więcej kasy niż Czesi, Słowacy i Węgrzy. Oczywiście ci najgorzej sytuowani

Biednym żyje się w Polsce łatwiej niż rok temu. Wiem – ta teza brzmi jak szaleństwo. Albo koszmar libka z Wilanowa, który przez inflację okrutnie cierpi, bo lody kupuje w Biedronce zamiast w rzemieślniczej cukierni. Ale jak pogrzebiecie w statystykach, okaże się, że podniesienie pensji minimalnej o prawie 15 proc., naprawdę mogło uchronić najuboższych przed niedojadaniem.

Jeszcze nigdy w tym stuleciu Polacy nie biednieli tak szybko. Tak – ja ciągle o ostatnich danych GUS dotyczących przeciętnego wynagrodzenia w Polsce. Bo niby średnia krajowa wzrosła o ponad 10 proc., czyli nieźle, ale tak naprawdę mamy negatywne zaskoczenie, bo miało być znacznie lepiej. Ekonomiści spodziewali się wzrostu o 12,6 proc., nawet najwięksi pesymiści mówili, że będzie 10,8 proc., a było 10,3 proc. Tak tylko przypomnę że jeszcze w listopadzie pensje rosły w 13,9-proc. tempie.

Ale najsmutniej robi się dopiero, jak odliczycie inflację i zrozumiecie, że realnie biedniejemy coraz szybciej. Skoro w grudniu inflacja wyniosła 16,6 proc., a wynagrodzenia urosły o 10,3 proc., to znaczy, że realnie płace spadły o 6,3 proc. A jeszcze w listopadzie realny spadek wynosił tylko 3,6 proc. To boli.

Ekonomiści te dane wyjaśniają między innymi tym, że pensje w grudniu rosły mniej, niż się spodziewano, bo firmy bały się efektów podniesienia pensji minimalnej w styczniu 2023 r. Dlatego wszystkim pozostałym pracownikom podnosili płace trochę mniej. A faktycznie wzrost płacy minimalnej jest całkiem przyzwoity, bo wynosi 14,6 proc.

Polacy na płacy minimalnej zbiednieją trochę mniej niż ci bogatsi

Pomyślałam, że to jest całkiem dobry pretekst do tego, by przyjrzeć się realnym płacom w zakresie tego minimum. Z jednej strony można powiedzieć, że podwyżka płacy minimalnej też realnie będzie ujemna, bo możecie być pewni, że w styczniu inflacja będzie wyższa niż 14,6 proc.

Bizblog.pl poleca

Gorzej. Przecież ogólna inflacja tak naprawdę nie pokazuje, jak rosną koszty życia tych najsłabiej zarabiających, bo oni pieniądze wydają głównie na żywność, a ta drożeje szybciej. W grudniu wzrost cen artykułów spożywczych sięgnął 21,5 proc. Z drugiej strony przecież najsłabiej wynagradzani też nie kupują wszystkiego, co GUS wrzuca do kategorii żywność i napoje bezalkoholowe. Można by więc stworzyć własny, skromny koszyk zakupowy, który bardziej odpowiada realnym wydatkom najmniej zarabiających i dopiero wtedy mielibyśmy jakiś obraz bliższy prawdy.

I wiecie co? Ktoś to zrobił. Konkretnie serwis Picodi.com, który przyjrzał się wzrostowi płacy minimalnej w 67 krajach na świecie. A ponieważ w takiej Argentynie płaca minimalna wzrosła w ciągu roku o 104,5 proc., co niewiele mówi o jej sile nabywczej, bo Argentyna ma po prostu ogromny problem z inflacją, która też sięga niemal 100 proc., to trzeba było pokazać, ile na miesięczna pensję można kupić.

A więc zostawmy koszyk GUS i uznajmy, że najsłabiej zarabiający muszą ograniczać wydatki do podstawowych produktów spożywczych i w ich codziennym koszyku nie znajdzie się raczej sok jednodniowy z marchwi, za to będą w nim: chleb, mleko, jajka, ser, ryż, mięso, owoce i warzywa. Ile tego trzeba kupić miesięcznie, żeby zaspokoić potrzeby żywnościowe? Eksperci picodi.com przyjęli rekomendacje władz, czyli zapewne ministerstw zdrowia dotyczące minimalnych zalecanych norm spożycia żywności. I wyszło im, że przy takim minimum koszyk zakupowy na cały miesiąc kosztuje w Polsce 378,26 zł (ceny zostały zaczerpnięte z portalu numbeo.com, a kurs złotego to średni kurs w czwartym kwartale 2022 r.).

Nie dyskutujcie, czy to mało, czy dużo – jasne, że mało i wyżywić się za niecałe 380 zł przez cały miesiąc to zgroza. Ale ważna jest zmiana.

Otóż po pierwsze, porównując ten sam koszyk produktów z jego kosztem rok wcześniej okaże się, że podrożał on o 10 proc. I to jest bardzo dobra wiadomość, bo skoro pensja minimalna w Polsce w tym czasie wzrosła o 14,6 proc., to znaczy, że najsłabiej zarabiający są grupą, której realne zarobki nie maleją!

To oczywiście w teorii i biorąc pod uwagę jedynie żywność.

Ale jest też druga dobra informacja: obecnie ten koszyk zakupowy zabiera 14 proc. pensji minimalnej, natomiast rok temu zabierał 14,6 proc. To po prostu znaczy, że pensja minimalna rośnie szybciej niż ceny podstawowych produktów żywnościowych. I dokładnie tak powinno być, żeby nie powiększać grup, które żyją w niedostatku i niedożywieniu, w końcu jesteśmy rozwiniętym krajem w środku Europy, całkiem bogatym zresztą, gdy porównywać się globalnie.

Biedny Polak mniej wydaje na jedzenie niż Czech, Węgier i Słowak

Nie, żebym się zachwycała, jak to w Polsce dzieje się dobrze, społeczeństwo generalnie biednieje przez inflację, dlatego szukam małych światełek w tym mrocznym tunelu.

Ale żeby nie było zbyt cukierkowo, zobaczcie, co dzieje się w innych krajach, bo Polska jest w tym zestawieniu dopiero 19. krajem po względem wzrostu pensji minimalnej. Poza wspomnianą Argentyną i Turcją, która mierzy się z równie wysoką inflacją, prym wiodą: Mołdawia (wzrost płacy minimalnej o 32,5 proc.), Litwa (27,1 proc.) i Rumunia (24,5 proc.).

Ale więcej powiedzą dane dotyczące tego, jaką część pensji minimalnej zabiera koszyk podstawowych produktów spożywczych w danym kraju. I tu znów dobra wiadomość dla Polski, bo z tej perspektywy awansuje w rankingu z 19. na 17 miejsce.

Najlepiej jest w Wielkiej Brytanii, gdzie koszyk zabiera jedynie 6,5 proc. minimalnego wynagrodzenia, w Irlandii – 7,4 proc. i Australii – 7,7 proc.

Gorzej od Polski wypadają Czechy, gdzie koszyk podstawowych produktów zabiera 17 proc. minimalnego wynagrodzenia, na Słowacji (18,6 proc.) i na Węgrzech – 23,9 proc.