Chciałbym, żeby ktoś patrzył na mnie jak premier Morawiecki na szefa Google

Fot. Krystian Maj, Adam Guz / KPRM

I pewnie nie tylko ja. Przyjacielskie, żeby wręcz nie powiedzieć, braterskie relacje, to najcenniejsza rzecz w życiu. Ale w biznesie już niekoniecznie.

Roześmiane twarze, iskierki w oczach i entuzjastyczna gestykulacja – jeśli wierzyć urywkom nagrań ze spotkania premiera Morawieckiego z szefem Alphabet i Google Sundarem Pichaiem, obaj panowie bawili się jak starzy kumple z liceum. Pozazdrościć.

Piszę to bez cienia szydery. Prawdziwa, szczera przyjaźń na pewnym szczeblu zawodowym to rzecz naprawdę niezwykła. Możliwe oczywiście, że polski premier i prezes amerykańskiego korpo szczerzyli się tylko w momencie, w którym ich twarze łapała kamera lub aparat, ale wolałbym wierzyć, że oni po prostu zapałali do siebie sympatią.

Tak po ludzku

Z takimi przyjaźniami zawsze jest jednak tak, że jedna strona przeważa nad drugą. Wiecie, jeden kumpel gorzej zarabia, jego notowania sondażowe na rynku matrymonialnym spadają, szef jest na niego cięty. Na domiar złego rodzina próbuje go wydziedziczyć, bo jeden z zazdrosnych kuzynów chciałby wszystko dla siebie.

Bizblog.pl poleca

W tym momencie pojawia się jego przyjaciel. W stabilnym związku od dwóch lat żadna ze stron nie przebąkuje o rozwodzie. Jego roczne zarobki idą w osiem zer, w pracy właśnie zażegnał narodowo-korporacyjny kryzys na drugim końcu świata.

Ten właśnie kolega przychodzi i mówi:

Mam taki biznes do zrobienia, spotkajmy się i obgadajmy.

No i okazuje się, że deal jest spory. W Polsce pojawia się Google Cloud z centrum obliczeniowym i zapowiada, że Warszawa stanie się chmurową stolicą Europy. Biznesu przyszłości i teraźniejszości, bo przecież już teraz na zewnętrzne serwery przenoszą się powoli wszyscy, a chmurowe wydatki firm idą w dziesiątki miliardów dolarów.

Duma i ogromny zaszczyt

Potężny bodziec rozwojowy dla polskich firm. W całej Europie Środkowo-Wschodniej nikt takiej inwestycji nie dostał. Morawiecki i Pichai postanowili uwiecznić ten moment i nagrać na pamiątkę krótki klip, wykorzystujący kadry ze spotkania w 2019 r.

Trudno uwierzyć, że minęły już dwa lata od czasu mojej ostatniej wizyty w Polsce. Dobrze ją pamiętam. Zostałem ciepło przyjęty, choć było bardzo zimno

– wspomina szef Google

Nasz premier jest na tej pocztówce trochę mniej sentymentalny i wjeżdża z konkretami o cyfrowym potencjale Polski i takich tam. Od razu widać, że w okazywaniu uczuć jesteśmy daleko w tyle za amerykańską kulturą.

Ale w życiu jak to w życiu cudze szczęście zawsze kogoś razi. W każdą kwitnącą relację prędzej czy później wkradną się złe języki, pomówienia.

Złośliwi zaczęli komentować, że szef polskiego rządu płaci za tę przyjaźń wysoką cenę. To znaczy nie on osobiście, a przynajmniej nie do końca, bo pieniądze pochodzą z budżetu, do którego premier Morawiecki jak większość Polaków dokłada się tylko w skromnej części.

Jak bumerang wraca kwestia podatku cyfrowego

Miał on uderzyć po kieszeni m.in. takie koncerny jak Google. Adrian Zandberg wytknął Morawieckiemu, że ustawa wprowadzająca tą daninę od pół roku nie może się doczekać na nadanie numeru druku.

Złośliwe to i nie do końca sprawiedliwe. Nowy przyjaciel premiera pomógł mu zabłysnąć przed rodziną, jest wpływowy i szanowany na całym świecie. Poza tym nie musimy mieć kompleksów, bo Polska wstała z kolan, co widać na zdjęciu, na którym Morawiecki wyraźnie sztywno trzyma się w pionie.

A że kasa nam ucieka? Pieniądze to nie wszystko. Zamiast opodatkowywać przyjaciół, można ją znaleźć w innych kieszeniach. Zgadnijcie których.