Dziękujcie Morawieckiemu za lockdown. Szwedzi zabili tysiące obywateli, a gospodarki nie uratowali

Szwedzki eksperyment pod tytułem: „pozwólmy się ludziom zarażać, bo gospodarka jest ważna” zakończył się katastrofą. W Kraju Trzech Koron rząd i tak musiał w końcu wprowadzić obostrzenia. Przez zwłokę lockdown trwał dłużej, przez koronawirusa zginęło więcej osób, a finansowo Szwedzi nic na tym nie zyskali.  

Gdy zaczynała się pandemia, pisałem, że nikt nie jest w stanie przewidzieć skutków decyzji podejmowanych w gorączkowym pośpiechu. Czy lepiej zamknąć całą gospodarkę i liczyć, że COVID-19 nie zdąży się rozprzestrzenić? A może lepiej zostawić przedsiębiorców w spokoju? Zarażeni i tak będą przecież umierać, a rząd nie dołoży do katastrofy kolejnej cegiełki, doprowadzając do bankructw tysięcy obywateli.

Dzisiaj jesteśmy mądrzy po szkodzie. Analizując dane dotyczące liczby zgonów na milion mieszkańców, sprawdzając długość lockdownu i jego wpływ na PKB, możemy ocenić, kto okazał się najlepszym prorokiem. I wiecie co? Powinniśmy dziękować premierowi Morawieckiemu za szybką reakcję w marcu 2020 r. i niemal całkowite zamknięcie Polski.

Bizblog.pl poleca

Niewypał szwedzkiego modelu

Przenieśmy się na chwilę do początku ubiegłego roku. Gdy cały świat zamarł w oczekiwaniu na przejście niszczycielskiego huraganu COVID-19 Szwecja sprawiała wrażenie jakby koronawirus nie był żadnym problemem. Szwedzi olali maseczki i restrykcje, wychodząc z założenia, że budowa odporności stadnej zapewni im ochronę przed pandemią, nie zabijając gospodarki jednocześnie.

Po co zabijać muchę za pomocą młotka?

– argumentowali.

Ta strategia okazała się tragiczna w skutkach. Dramat najprościej pokazać, zestawiając Szwecję z krajami o podobnej gęstości zaludnienia – Finlandii i Norwegii. Pod względem liczby ofiar wirusa dzieli je przepaść. W Finlandii na milion obywateli umarło 166 osób, w Norwegii – 141, a w kraju Trzech Koron… ponad 1,4 tys.

Nie oznacza to, że sąsiedzi Szwedów wprowadzili i utrzymywali obywateli w ostrzejszym reżimie sanitarnym. Oba te kraje zareagowały po prostu szybciej. Gdy w maju 2020 r. mogły pozwolić sobie na luzowanie restrykcji, poddani Karola XVI Gustawa musieli zacząć przyzwyczajać się, że przedcovidowe swobody prędko nie wrócą.

Nie dość Szwecja utrzymuje lockdown dłużej niż Finowie i Norwegowie, to jeszcze na ołtarzu walki z pandemią musiała poświęcić zdecydowanie więcej obywateli.

Ta ofiarność nie przełożyła się na efekty gospodarcze. W ubiegłym roku Szwedzi stracili 2,9 proc. PKB, Finowie 3,1 proc., a Norwegia… tylko 2,5 proc. Mucha okazała się szerszeniem, a próba pozbycia się jej poprzez machanie ręką sprawiła, że szwedzkie społeczeństwo trafiło do szpitala. I z ratowania produktywności nici.  

Polska: dobry start i zadyszka w połowie drogi

Jak Polska wypada na tym tle? Tu trzeba już sięgnąć po państwa, w których zagęszczenie ludności jest zbliżone do nas, czyli Francji, Słowacji i Danii.

Pod względem śmiertelności byliśmy w tym gronie liderem. W pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo jeszcze na początku jesieni wskaźnik zgonów na milion mieszkańców mieliśmy niższy nie tylko od Duńczyków i Francuzów, ale też od wymienionych wyżej krajów nordyckich.

Duża w tym zasługa działań podjętych przez polski rząd. Nad Wisłą lockdown został wprowadzony, gdy koronawirus był bardziej medialnym faktem niż rzeczywistym zagrożeniem dla zdrowia Polaków. We Francji COVID-19 zaatakował szybciej przez co efekt obostrzeń można było zaobserwować dopiero, gdy wskaźnik zgonów ustabilizował się na poziomie 400/milion.

Walkę z pandemią pokpiliśmy w innym momencie. Mowa tu oczywiście o wakacjach i okresie przedwyborczym, w trakcie którego rząd przekonywał nas, że wirus jest już niegroźny i nie trzeba się go bać.

Wycofanie z restrykcji sprawiło, że na jesieni fala zakażeń wybuchła nam w twarz i pod względem śmiertelności w błyskawicznym tempie przeskoczyliśmy Duńczyków i Francuzów. Przed nami są tylko Słowacy, którzy również doszli do wniosku, że w lato wirus nie zaraża i znieśli większość restrykcji.

Polska stała się w ten sposób Szwecją à rebours. Miało być szybko, łatwo i przyjemnie. W rzeczywistości mimo wakacyjnego luzowania długość lockdownu wcale nie jest krótsza niż w innych krajach (ba, dzisiaj to właśnie my mamy najostrzejsze restrykcje), Polacy umierają w domach i szpitalach, a gospodarka… cóż, tu na szczęście wypadamy na tle innych państw wyraźnie lepiej.

W 2020 r. PKB Polski skurczyło się o 2,8 proc. To o 0,7 p.p. mniej niż u Duńczyków, o 3,1 p.p mniej niż u Słowaków i aż o 5,5 p.p. mniej niż u Francuzów. Podejmując decyzję: zdrowie czy gospodarka, premier Morawiecki zdecydował się balansować. Właśnie dzięki temu wskaźnik zgonów w II kwartale 2020 r. nie wyskoczył jak z procy, a w III kwartale przedsiębiorcy mogli wziąć oddech, co sprawiło, że PKB nie załamało się jak we Francji. Potem mieliśmy natomiast kolejny lockdown, który uchronił nas od wariantu słowackiego tj. kosmicznego wystrzału liczby zgonów na jesieni.

Wyborom dokonywanym przez rząd Morawieckiego w trakcie pandemii można wiele zarzucić, ale jedno wydaje się dzisiaj oczywiste – pierwsza, marcowa decyzja o ograniczeniu swobód na rzecz zdrowia Polaków przyszła we właściwym momencie i uchroniła nas przed katastrofą.