Morawiecki: Nie potrzebujemy miliardów z UE. Ekspert: No jasne, bo nie możemy ich wydać na 500+

Dziesiątki miliardów euro, które miały popłynąć do Polski na walkę ze skutkami epidemii, mogą przejść nam koło nosa. Premier Morawiecki oficjalnie bagatelizuje to ryzyko, tłumacząc, że rząd ma pieniądze na wsparcie przedsiębiorców i nowe inwestycje. Ale gra nie toczy się tylko o doraźną pomoc ze strony Komisji Europejskiej.

W trakcie środowego Q&A z internautami premier Morawiecki był w wyjątkowo dobrym nastroju. Szef rządu analizował, czy RB Lipsk ma szanse na wyjście z grupy Ligi Mistrzów i wspominał Maradonę. Zdążył również odpowiedzieć na pytanie o przyszłość budżetu Unii Europejskiej, którego zawetowaniem politycy Prawa i Sprawiedliwości grozili wielokrotnie w ostatnich dniach.

Przypomnijmy, że w puli ma znaleźć się łącznie 1,1 bln euro. Do tego dochodzi jeszcze nadzwyczajny instrument Funduszu Odbudowy, który ma wspomóc państwa w walce ze skutkami pandemii Covid-19. Jego wartość to 750 mld euro, z których 390 mld zostanie wypłaconych w formie dotacji dla państw członkowskich, a 360 mld w formie pożyczek.

Bizblog.pl poleca

Kasa przepadnie? Żaden problem

Polska mogłaby liczyć na 23,1 mld euro dotacji wypłacanych do końca 2023 r. Do tej kwoty można doliczyć 34,2 mld euro pożyczek. Zdaniem premiera, utrata tych środków nie byłaby dla Polski problemem.

Fundusz odbudowy jest zasadniczo konstruowany z kredytu. Owszem, niskooprocentowanego, ale my również możemy taki na rynku uplasować. Nazywa się on obligacjami skarbu państwa

– tłumaczył.

Morawiecki chwalił się, że dzięki ujemnym stopom procentowym można powiedzieć, że inwestorzy płacą dzisiaj Polsce za możliwość pożyczania jej pieniędzy. Rzeczywiście, w teorii wygląda to wspaniale. Po co targować się z eurokratami o zasady praworządności, skoro pieniądze można na korzystniejszych warunkach wyciągnąć z rynku?

Idąc dalej tym tropem moglibyśmy też dodać, że ilość gotówki, jaką Unia chce obdarować kraje członkowskie, w stosunku do ogólnych wydatków z budżetu państw wcale nie jest taka duża. Wspomniane 23 mld dotacji odpowiada mniej więcej wsparciu, którego rząd udzielił przedsiębiorców od marca do lipca tego roku. A w przypadku unijnych środków mówimy przecież o wieloletniej perspektywie czasowej.

Za hajs unijny rośnij

W praktyce, ocena nie jest jednak tak prosta. Przede wszystkim kredyty unijne będą emitowany jako zadłużenie Komisji Europejskiej, dzięki czemu nie będą wliczać się do zadłużenia krajowego.

Owszem, musimy je w przyszłości spłacać, ale będziemy to robić z jednymi z najbogatszych państw świata. Polska w pojedynkę nie jest tak wiarygodna jak Niemcy

– wskazuje w rozmowie z Bizblog.pl Aleksander Łaszek, główny ekonomista FOR

Kolejnym problemem jest sposób wydatkowania tych środków. Sprzedając obligacje Skarbu Państwa rząd ma wolną rękę w dysponowaniu zapasem gotówki. Życie pokazuje, że środki krajowe politycy w pierwszym rzędzie przeznaczają na wydatki socjalne.

Było to widać szczególnie między 2015 a 2018 rokiem, gdy w trakcie dobrej koniunktury wydatki na szkolnictwo spadły, a na służbę zdrowia wzrosły tylko w minimalnym stopniu

– wskazuje Łaszek

Przede wszystkim, punktuje jednak ekspert FOR należy zadać sobie pytanie dlaczego środki unijne przyczyniają się do wzrostu PKB? Odpowiedź? Bo  w przeciwieństwie do pieniędzy pozyskanych z obligacji musimy wydawać je na cele prowzrostowe.

Unia daje, ale i wymaga. W poprzedniej perspektywie budżetowej najwięcej środków poszło na pobudzanie wzrostu gospodarczego, tworzenie miejsc pracy i wyrównywanie różnic gospodarczych między regionami.

W najbliższych latach Komisja Europejska chce się natomiast skupić na walce ze zmianami klimatu i wypełnieniem celów Zielonego Ładu (m.in. budowa gospodarki zeroemisyjnej przed 2050 r.), a także wyzwaniach związanych z cyfryzacją.

Zamiast dodatkowych pieniędzy na wypłaty 500+, trzynastych emerytur i wyprawek dla uczniów, będziemy mieli dalszą cyfryzację usług publicznych, więcej elektrycznych autobusów i rozwój odnawialnych źródeł energii. Z punktu widzenia rozwoju państwa to bardzo potrzebne inwestycje.

Członkom partii rządzącej trudno będzie je jednak przekuć w doraźny wzrost słupków wyborczych. I w takim kontekście pieniądze z Unii rzeczywiście nie są dla części polityków PiS kluczowe.

Ziobro: Unia więcej zabiera niż daje

Na szczytach władzy toczy się zresztą nieustanna przepychanka. Zbigniew Ziobro forsuje usztywnienie stanowiska Polski w negocjacjach i stanowczo nie zgadza się na łączenie wypłat z oceną praworządności. Posłowie Solidarnej Polski znaleźli własny sposób, by uzasadnić bezsens walki o unijne pieniądze.

W porannym paśmie „Siódma 9” Ziobro stwierdził, że rocznie bogate kraje UE wyprowadzają z Polski dużo większe pieniądze, niż te, które uzyskujemy w ramach dopłat unijnych.

To zestawienie dwóch różnych rzeczy

– oponuje Łaszek.

Porównujemy to, co dostajemy bezzwrotnie z Unii z funduszami, które inwestorzy wyłożyli na rozwój swojego biznesu w Polsce. Upraszczając – to tak jakby porównać 10 tys. zł darowizny z odsetkami od kredytu na samochód służbowy, którym jeździmy w ramach prowadzonej działalności i który na siebie zarabia

– precyzuje

Inwestycje zagraniczne, dodaje ekspert, wiążą się z większym popytem, napływem kapitału i know-how, kupnem nowych maszyn. Rośnie liczba miejsc pracy i jej wydajność. Inwestorzy podnoszą tempo wzrostu całego kraju. FOR oszacował, że bez inwestycji zagranicznych polskie PKB byłoby niższe o 17 proc.

Morawiecki nie jest już tak nieustępliwy, ale jak zauważyli rozmówcy „Gazety Wyborczej”, chodzi dzisiaj na pasku ministra sprawiedliwości. Zawetowanie budżetu oznacza triumf koncepcji Ziobry. W przypadku kompromisu może on natomiast zagrozić wyjściem z koalicji, co oznaczałoby rozbicie sejmowej większości.

Premier z jednej strony dąży więc do porozumienia w Brukseli, z drugiej strony na potrzeby elektoratu pohukuje: My na rozmontowanie Unii Europejskiej taką jaką znamy się nie zgadzamy.

Niepokój inwestorów

Największym problemem jest jednak podgrzewanie nastrojów antyunijnych. Gdy spojrzy się na oceny inwestorów z zagranicy, naszym największym atutem jest członkostwo w Unii, bo wiąże się ono z dostępem do wspólnego rynku i bezpieczeństwem prawnym.

Jeżeli chcemy, by po zmianach łańcucha dostaw po pandemii część produkcji przeniosła się z Chin do Polski, a nie Rumunii Serbii czy Maroka, to nie powinniśmy podważać największej zalety naszego kraju w oczach inwestorów

– tłumaczy Łaszek

Ewentualny polexit to wciąż dość odległa perspektywa. Coraz więcej wskazuje jednak na to, że w wyniku przeciągania liny z 25 państwami Unii Europejskiej nie tylko utrwalimy wizerunek jako hamulcowego wspólnoty, ale koniec końców… nic nie uzyskamy.

Szefowa KE Ursula von der Leyen dała do zrozumienia, że w ciągu kilku tygodni Bruksela może stworzyć fundusz przeznaczony tylko dla 25 krajów członkowskich. Jak miałoby to wyglądać? Komisja po prostu udzieli pożyczek wszystkim poza Polską i Węgrami. Premier Morawiecki przyznał, że takie rozwiązanie było całkowicie legalne.

Każde państwo może umówić się z innym państwem na osobny fundusz. W Unii istnieje nawet taka możliwość traktatowa, tzw. wzmocnionej współpracy

– zauważył

Jeżeli ten scenariusz się ziści do szefa polskiego rządu jak ulał pasować będzie stare przysłowie: cnotę stracił, rubla euro nie zarobił,