W światopoglądowy spór włączył się mBank. Padły wezwania do bojkotu, także z rządu

mBank wsparł protest kobiet, czym wsadził gigantyczny kij w mrowisko. Do chóru nawołujących o przeniesienie swojego rachunku do banku, „który zamiast biznesem zajmuje się polityką i wspieraniem protestów” dołączyli publicyści, a nawet członkowie rządu.

Targające całym krajem od tygodnia emocje koniec końców nie ominęły naszego systemu bankowego. Wszystko za sprawą wpisu mBanku na Twitterze, który parę dni temu dodał post z jednym słowem „Wspieramy”, jednoznacznie sugerujący, że chodzi o podjęte jak Polska długa i szeroka protesty przeciw orzeczeniu TK uznającym aborcję eugeniczną za niekonstytucyjną. 

mBank? Czas się rozstać”

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Jeden z prawicowych publicystów Rafał Otoka-Frąckiewicz napisał wprost, że skoro jego główny bank „wspiera rozruchy na ulicach, przemoc fizyczną i rozkład państwa”, to chyba czas się rozstać. Szybko dołączyli inni i polecali:

Bojkot wszystkich firm i instytucji, które popierają te antypolskie pochody, rzekomo protesty kobiet. Nie wiem jakim słowem określić te osobniki (bo tam również byli faceci)

– wieszczył jeden z internautów.

Niektórzy od razu zaczęli bić w bardziej donośne tony. Swoim oburzeniem na taką postawę mBanku podzielił się m.in. poseł Tomasz Jaskóła, reprezentujący w Sejmie barwy Kukiz’15.

„Jako klient banku mBank nie życzę sobie, abyście stawali po jakiejkolwiek stronie konfliktu. Nie wypada wam, nie macie legitymacji do tego. Wasz główny udziałowiec (niemiecki) ComerzBank ma zbyt dużo brudu za paznokciami z czasów nazizmu w Niemczech” – przekonuje na Twitterze poseł Jaskóła.

Innych internautów ten nakręcający się bojkot mBanku nieco dziwi. Radzą powściągać emocje, bo co się stanie, jeżeli tak jak mBank postąpi np. CD Projekt? W geście protestu będą nawoływać do niekupowania Cyberpunka 2077? 

Atak wiceministrów

Sprawę starał się opanować Krzysztof Olszewski, rzecznik prasowy mBanku, który zaczął tłumaczyć, że mBank jako marka wspiera kobiety i ich prawa. 

Nasza deklaracja dotyczy kobiet i ich wyboru. Nie mówimy, jak decydować. Mówimy: kobieta powinna mieć wybór

– odpowiadał na liczne pytania internautów rzecznik mBanku.

Jednak taka argumentacja nie spotkała się ze zrozumieniem nie tylko niektórych prawicowych publicystów, parlamentarzystów, ale także reprezentantów rządu. Pierwszy sygnał do ataku dał Błażej Poboży, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji.

Od szewca oczekuję naprawy butów, od listonosza poczty, a od Was obsługi konta i produktów finansowych wysokiej jakości, a nie politycznych akcji. Pamiętajcie, że w gronie klientów możecie mieć osoby o różnej orientacji i poglądach politycznych. Słabo. Chyba czas na zmianę

– napisał Poboży do mBanku.

Za chwilę, w równie ostrych słowach, dołączył do niego inny przedstawiciel gabinetu Mateusza Morawieckiego Janusz Kowalski, wiceminister w Ministerstwie Aktywów Państwowych, który wprost zaczął zachęcać do zamykania rachunków w mBanku i przenoszenia swoich aktywów finansowych do PKO Bank Polski, Pekao S.A., Alior Banku, Banku Pocztowego lub Banku Ochrony Środowiska.

Zamiast biznesem zajmuje się polityką i wspieraniem protestów, które zagrażają zdrowiu i życiu Polaków

– tak wiceminister argumentuje konieczność rozstania się z mBankiem.

Czy taka przeprowadzka by się opłacała?

Dziwić może atak na niemieckiego właściciela mBanku. Przecież jeszcze rok temu, zanim Commerzbank ogłosił, że jednak mBanku na razie nie będzie sprzedawać, na stole najpoważniejszą ofert miała być ta od Pekao. Głośno też się mówiło o tym, że być może ta transakcja będzie elementem megafuzji w polskim sektorze bankowym. W takim scenariuszu PZU sprzedałaby swój pakiet 20 proc. akcji Pekao. Kupcem byłoby PKO BP. Podobnie z 12,8 proc. akcji Pekao robi Polski Fundusz Rozwoju. Pieniądze uzyskane tą drogą pozwoliłyby PZU na przejęcie mBanku. I wtedy nikomu z rządu niemiecki rodowód mBanku nie przeszkadzał. Teraz tak.

Inną sprawą jest to, czy przeniesienie aktywów z mBanku do instytucji finansowych kontrolowanych przez państwo rzeczywiście się tak bardzo opłaca. Kondycja wszak wymienionych podmiotów pozostawia jednak dużo do życzenia. Np. wartość akcji Alior Banku spadła w ciągu ostatnich trzech lata aż o ponad 83 proc. Jeszcze w styczniu 2018 r. za jeden udział tego banku, kontrolowanego przez Grupę PZU, trzeba było zapłacić ponad 87 zł. Teraz ledwo ponad 11 zł. 

Podobnie jest zresztą z największymi polskimi bankami: PKO i Pekao. W styczniu 2018 r. za jedną akcję tego pierwsze trzeba było zapłacić powyżej 46 zł, a dzisiaj niecałe 11,50 zł. Z kolei na początku 2018 r. akcje Pekao warte były blisko 139 zł za sztukę. Obecnie to raptem ponad 41,50 zł. A jak dla porównania mają się udziały mBanku? Warto w tym miejscu przypomnieć, że Commerzbank zrezygnował ze sprzedaży głównie ze względu na lecącą na łeb i szyję wartość mBanku.

Od początku 2020 r. jego akcje zanotowały spadek o ponad 50 proc. To oznacza, że 69,3 proc. udziałów Commerzbanku wycenianych było na poziomie 1,2 mld euro, w porównaniu z ponad 2 mld euro kilka miesięcy wcześniej. Patrząc zaś dzisiaj na finansową formę mBanku trudno odnieść wrażenie, żeby była ona szczególnie inne od polecanych PKO, czy Pekao. Dzisiaj jeden udział mBanku kosztuje ok. 115 zł z lekką górką. W styczniu 2018 r. to było nawet 530 zł.