Mamy rocznicę lockdownu. Na Ścianie Wschodniej sytuacja jest nawet gorsza, ale dziś rząd słodko śpi

Cała polska stała się strefą czerwoną, lokale gastronomiczne przestały wpuszczać klientów do środka, klasy 4-8 szkół podstawowych przeszły na tryb zdalny, a młodzież dostała zakaz poruszania się bez opiekuna po ulicach. Tak było 24 października 2020 roku. Premier tłumaczył wprowadzenie lockdownu tym, że „sytuacja jest niedobra i dynamiczna, a reakcja musi być bardzo zdecydowana”. Równo rok później sytuacja także jest niedobra i dynamiczna – zwłaszcza na wschodzie – ale tym razem rząd postanowił nie reagować.

O 4728 nowych przypadkach zakażeń koronawirusem poinformowało w niedzielę Ministerstwo Zdrowia. To prawie dwa razy więcej niż zaledwie tydzień wcześniej. Cały miniony tydzień to – by użyć słów ministra zdrowia Adama Niedzielskiego – eksplozja epidemii koronawirusa. Detonacja trwa głównie na Ścianie Wschodniej, ale po Wszystkich Świętych taki stan nie utrzyma się długo.

Dokładnie rok temu rząd wprowadził w Polsce drugi lockdown, ponieważ „wirus, którego nie trzeba się już bać” okazał się stokroć groźniejszy, niż chciał tego premier Mateusz Morawiecki. Zderzony z dramatycznymi danymi o nowych zakażeniach, hospitalizacjach i zgonach, rząd postanowił wprowadzić surowe restrykcje. Liczył na to, że sytuacja poprawi się po 10 dniach, ale wiemy, jak to się skończyło. Nikt wtedy nie spodziewał się, że nauka zdalna w szkołach będzie trwała pół roku.

Porównanie epidemicznej sytuacji sprzed roku i obecnej przedstawił Piotr Tarnowski, który na Twitterze publikuje analizy i wizualizacje, których brakuje w rządowych przekazach. Na pierwszy rzut oka jest dużo lepiej niż rok temu: nowych przypadków, zgonów, hospitalizacji i zajętych respiratorów było wówczas nieco ponad dwa razy więcej niż obecnie. Jest lepiej, jeśli patrzymy na średnią dla całego kraju, bo gdy teraz spojrzymy na sytuację w niektórych regionach, jest tak samo źle, a nawet gorzej niż w najbardziej dotkniętych epidemią regionach rok temu.

Sytuacja na Lubelszczyźnie i na Podlasiu jest dziś tak zła, że dawno obowiązywałyby tam czerwone strefy według zeszłorocznych kryteriów. Nie chodzi tylko liczbę zakażeń, ale także o obłożenie szpitali covidowych, liczbę osób pod respiratorami i zgodny z powodu covidu. Kluczową przesłanką do wprowadzania obostrzeń rok temu było niedopuszczenie do przeciążenia systemu ochrony zdrowia, a sytuacja w tych regionach jest dziś dramatyczna.

Cięższe czasy

Co łączy te regiony, w których sytuacja epidemiczna jest najtrudniejsza? Niski poziom wyszczepienia. Po składanych jeszcze we wrześniu deklaracjach, minister Niedzielski zapewniał, że w przypadku pogorszenia się sytuacji epidemicznej obostrzenia będą wprowadzanie w regionach, gdzie ludzie masowo odrzucili szczepienia, ale od kilku tygodni nikt już o tym nie mówi.

Przypomnijmy, że minister zdrowia Adam Niedzielski w sierpniu zapowiadał, że w pierwszej kolejności obostrzeniami w czasie czwartej fali koronawirusa objęte będą tereny o najniższym poziomie wyszczepienia, a nowe obostrzenia miałyby zostać wprowadzone, gdy średnia dobowa liczba zakażeń przekroczy tysiąc. O tym, że surowsze obostrzenia w przypadku czwartej fali covida grożą głównie tym powiatom czy gminom, gdzie odsetek zaszczepionych jest najniższy, Adam Niedzielski mówił z kolei już w czerwcu.

O tym, jak bardzo rząd skapitulował przed antyszczepionkowcami i szczepionkosceptykami, może świadczyć los ustawy, która miała pozwolić pracodawcom weryfikować, czy pracownik jest szczepiony. Dopytywany o tę kwestię podczas „Rozmowy Piaseckiego” Adam Niedzielski przyznał, że trafiła ona do zamrażarki. Będziemy ten projekt trzymali na cięższe czasy – powiedział minister zdrowia.