Loty donikąd, czyli nowy sposób na pandemię. Samoloty startują i lądują na tym samym lotnisku

Linie Lotnicze na całym świecie mają twardy orzech do zgryzienia. Jak zacząć zarabiać pieniądze, gdy poszczególne kraje zamykają swoje granice? Singapore Airlines postanowiły bardzo dosłownie potraktować pojęcie „round trip”.

W marcu Singapur wprowadził ścisły lockdown. Większość sklepów została zamknięta, a kto nie musiał wychodzić z domu, miał w nim pozostać. Taki stan utrzymał się przez blisko dwa miesiące. Dziś kraj powoli się otwiera, choć cały czas w miejscach publicznych należy stosować się do reguł społecznego oddalenia i koniecznie zasłaniać usta i nos maseczką.

Bizblog.pl poleca

Koronawirusowe regulacje nie pozostały jednak obojętne dla gospodarki, która skurczyłą się o ponad 40 proc. w drugim kwartale. Jednym z winowajców było praktyczne zatrzymanie ruchu lotniczego. Changi, singapurski port lotniczy, od dawna uznawany był za numer 1 na świecie i służył, jako centrum przesiadkowe całemu regionowi.

Linie lotnicze zanotowały 99-procentowy spadek liczby pasażerów

W lipcu singapurskie linie lotnicze przewiozły blisko 34 tys. pasażerów. Przez całe lotnisko przewinęło się zaledwie 86 tys. ludzi. Wcześniej było to przeciętnie 5,6 mln ludzi każdego miesiąca. Jeszcze w styczniu tego roku było ich 5,9 mln.

Liczba pasażerów na lotnisku Changi w tysiącach.

Największy singapurski przewoźnik Singapore Airlines musiał podjąć trudną decyzję i pożegnał się z 20 proc. swojej załogi. Pracę straciło 2,4 tys. ludzi. Ich etatów nie uratowały pożyczki w wysokości 8 mld dol. i rządowa pomoc dla sektora.

Perspektywy są równie nieciekawe. Nie zanosi się na powrót do latania znany z 2019 roku. The International Air Transport Association ocenia, że rynek będzie potrzebował kolejnych czterech lat na odbudowę. Jak Singapore Airlines chce przeczekać ten trudny czas?

W październiku wystartować mają loty donikąd

Pasażerowie startować mają z tego samego lotniska i w tym samym miejscu również lądować – wszystko po to, aby choć na chwilę poczuć, jakby wrócił dawny świat. Projekt nie został jeszcze oficjalnie ogłoszony, ale informacje o nim pojawiły się rządowej gazecie „The Straits Times”. Prace nad jego fundamentami poprzedziło badanie, które pokazało, że 75 proc. spośród 308 ankietowanych zapłaciłoby za lot donikąd. Z europejskiej perspektywy wydawać się to może dość dziwne, bo w ramach UE możemy podróżować w miarę swobodnie, ale Singapurczycy od marca są praktycznie zamknięci w jednym mieście, które zajmuje całą wyspę.

45 proc. ankietowanych zapłaciłoby 288 dol. za trzy godziny w powietrzu w klasie ekonomicznej. 40 proc. zapłaciłoby zaś 588 dol. za miejsce w klasie biznes. Część z tej kwoty pokryć będą mogły rządowe bony turystyczne, które działać mają podobnie jak w Polsce. Nieoficjalnie badano możliwość wykorzystania do tego celu samolotu Airbusa, modelu A-350, który na pokład może zabrać nawet 440 osób. W obecnych realiach liczbę tę trzeba jednak będzie podzielić co najmniej na połowę.

Co z emisją CO2?

Choć pomysł może się na pierwszy rzut oka wydawać dość kuriozalny, to popyt na singapurskim rynku raczej będzie w stanie zaspokoić podaż. Takie loty dla przyjemności mogą być jednak kosztowne dla środowiska. Przykładowo, lot z Warszawy do Reykjaviku – trwa 4 godziny i oznacza emisję 464 kg CO2 na pasażera. Ekolodzy będą więc zapewne krytykowali singapurski pomysł.

Z drugiej strony, ruch lotniczy odpowiada za niewiele ponad 2 proc. światowych emisji CO2, a przez Changi i tak przewija się obecnie zaledwie ułamek wcześniejszego ruchu.