Dramatyczna sytuacja na lotniskach. Te zdjęcia pokazują, dlaczego część linii pójdzie z torbami

Setki tysięcy odwołanych lotów, puste lotniska i samoloty krążące po niebie bez pasażerów – takiego kryzysu w branży lotniczej nie pamiętają najstarsi piloci. Przewoźnicy wydają się momentami zupełnie bezradni, obcesowo traktując nawet własnych pasażerów.

Według analityków kryzys w branży lotniczej spowodowany epidemią przerasta już załamanie rynku, które obserwowaliśmy po ataku terrorystycznym na wieże World Trade Center i po kryzysie finansowym z 2008 r. Optymistyczne szacunki mówią, że przewoźnicy w 2020 r. stracą ok. 63 mld dol. Koszty wzrosną jednak do 113 mld, jeżeli pandemii nie uda się szybko wygasić. A przecież nikt nie może dać gwarancji, że tak właśnie się stanie.

Bizblog.pl poleca

Ziszczenie się negatywnego scenariusza będzie oznaczać, że branża straci ponad 13 proc. rocznych przychodów. Po część przewoźników koronawirus przyjdzie niczym ponury żniwiarz. Ale najpierw one same muszą uporać się z rosnącym chaosem.

Jedna z klientek linii Alitalia opisywała BuzzFeed News, że po anulowaniu lotu na Malediwy spędziła dwie godziny, wisząc na słuchawce. Gdy w końcu udało jej się dostać do konsultanta, usłyszała, że nie otrzyma zwrotu pieniędzy. Nie dostanie także pomocy w rezerwacji nowego terminu, bo władze Malediwów zakazały wjazdu dla podróżnych z Włoch. Podobne problemy mieli także inni niedoszli pasażerowie włoskiego przewoźnika.

Alitalia kiepsko radziła sobie z kryzysem, ale była tylko jedną z wielu linii, która zdecydowała się na odwołanie lotów. Tylko na przełomie lutego i marca anulowano na całym świecie łącznie 200 tys. połączeń. Według raportu grupy Jefferies ruch lotniczy spadnie w tym roku o 8,9 proc. proc.

Lotniska opustoszały

We wspomniane liczby nietrudno uwierzyć. Wystarczy rzucić okiem na poniższe obrazki. Największe lotniska na świecie w godzinach szczytu świecą pustkami jak port w Radomiu. To obrazek z Heathrow (88 mln pasażerów rocznie) w godzinach szczytu:

A to port O’Hare w Chicago – 83 mln pasażerów rocznie:

Melbourne – 36 mln pasażerów:

Pustkami z samego rana świecił też port w Bostonie:

i Wiedniu:

a tak wyglądało piątkowe popołudnie w porcie w Monachium – jednym z największych hubów lotniczych na Starym Kontynencie:

Puste przeloty

Samolot linii British Airlines wzbił się w powietrze z lotniska Heathrow. Czynił tak zapewne tysiące razy. Ten lot był jednak inny. Miejscem docelowym było bowiem oddalone o 40 km lotnisko Gatwick, na którym na co dzień lądują niskokosztowi przewoźnicy. Co więcej, sam lot odbył się bez pasażerów. Po co więc ta szopka?

Na największych portach lotniczych sloty są warte dziesiątki miliony dolarów. Jeżeli linii uda się takowe zarezerwować, walczy o nie jak lew. Ale lotniska nie chcą, by rozchwytywane miejsca były bezużyteczne. Część lotnisk ma zasadę, że jeżeli slot nie jest używany przez 80 proc. czasu, linia lotnicza może go stracić na rzecz konkurencji.

W ten sposób odwoływanie połączeń i malejący popyt doprowadzają do kuriozalnych sytuacji. Pusty przelot z jednego londyńskiego lotniska na drugie trwał 25 minut. I to tylko dlatego, że samolot musiał polecieć mocno okrężną drogą. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce po atakach z 11 września w 2001 r.

Bankructwa linii to tylko kwestia czasu

Koronawirus działa na linie lotnicze jak na ludzi. Mocniejsi gracze na rynku zostaną mocno poturbowani i będą latami dochodzić do siebie. Takie spółki jak Ryanair, easyJet, Air France-KLM czy Lufthansa zanotowały w 2018 r. miliardowe zyski, liczone w euro.

Nieco słabsi mogą potrzebować państwowej kroplówki. W tej drugiej grupie może pojawić się na przykład nasz LOT, który od wyjścia na prostą zarabia ok. 300 mln zł rocznie. W rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawą były prezes LOT Sebastian Mikosz zauważył, że nasz narodowy przewoźnik dostał kilka lat temu 400 mln zł pomocy publicznej. Na kolejny taki transfer Unia się nie zgodzi, co oznacza, że środki trzeba będzie dołożyć na mocy specustawy.

Jest jednak jeszcze trzecia grupa przewoźników: słabych, ledwo trzymających się na nogach. Wśród nich koronawirus już zaczął zbierać śmiertelne żniwo. Jako pierwsze padły brytyjski linie Flybe, które dopiero co w styczniu rozpaczliwie uratowały się przed bankructwem. Kolejne w kolejce może być Norwegian. Konkurent Ryanaira zmaga się z dużym zadłużeniem, a koronawirus zmusił go do odwołania 3 tys. lotów w drugim kwartale tego roku. Nie wiadomo, czy Norwegom uda się ten cios przetrwać, tym bardziej że i bez tego szacowali, że 2020 r. będzie czwartym deficytowym rokiem z rzędu.

Co zdecyduje o tym, czy linia lotnicza przetrwa tę hekatombę? Poza aktualną sytuacją finansową, decydujące znaczenie może mieć także to, na jakich kierunkach zarabia. W zdecydowanie gorszej sytuacji będą z pewnością przewoźnicy, którzy często latają do Włoch i Chin. I to nie jest do końca dobra wiadomość dla LOT-u, który z połączeniami azjatyckimi łączy duże nadzieje na przyszłość.

Według Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (IATA) wartość giełdowa spółek lotniczych przez epidemię koronawirusa już teraz spadła o 25 proc. A pandemia poza Chinami dopiero się przecież rozkręca.