Ślusarz i technik włókiennik zawodami przyszłości? Ja jestem za!

Jako kraj ciągle wybiegamy myślami w bliżej nieokreśloną przyszłość. W wyobrażeniach, jeżeli nie latamy samochodami, to przynajmniej poruszamy się po drogach autonomicznymi pojazdami. Ale jako pracownicy potrzebujemy tego, co tu i teraz da nam pieniądze. Dlatego nie rozumiem kpin z nowego programu Ministerstwa Edukacji Narodowej, które postanowiło sypnąć gotówką na „zawody przyszłości”. A te okazały się, nie ukrywajmy, dość przyziemne.

Ślusarz, technik włókiennik, czy technik przemysłu mody – takie profesje wymienia „Dziennik Gazeta Prawna” wśród zawodów, które MEN umieścił na swojej liście jako przyszłościowe. Resort zdecydował się je wspierać również finansowo, bo obdaruje pieniędzmi zarówno pracodawcę, który do nich przyuczy (10 tys. zł w ciągu 3 lat) jak i szkołę, która będzie kształcić przyszłych fachowców.

Pośmiać się z tego wyboru jest bardzo łatwo.

XXI wiek, latamy w kosmos, eksplorujemy morskie głębiny, przemieszczamy się z jednego końca globu na drugi w kilkanaście godzin, a tu nagle bum. Zawód przyszłości ma polegać na ręcznej obróbce metali.

W rozmowie z DGP eksperci narzekają. Bo nie ma nic z drukiem 3D, bo przydaliby się fachowcy od robotyzacji. I rzeczywiście, w teorii inwestowanie w takie kierunki wydaje się mieć większą rację bytu. Ale wróćmy teraz do prawdziwego życia.

Pamiętam jak kilka lat temu cała Polska huczała na temat kierunków zamawianych. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego rzuciło 200 mln, by podpromować wśród licealistów kształcenie się w kierunku „przyszłościowych” zawodów. Studenci dostawali więc pieniądze za to, że studiują (jak bardzo nie uważałbym tego za rozleniwiające, to jednak było moich cichym marzeniem), a uczelnie – za nauczanie w wybranych kierunkach.

Traf chciał, że tuż po rozpoczęciu programu zapytałem jedną z osób, które zdecydowały się pójść na biotechnologię (która znalazła się na liście), o pierwsze wrażenia. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem, że już na pierwszym wykładzie pracownik uczelni rzucił coś w rodzaju – „eee, po biotechnologii to tylko praca na uczelni albo emigracja. W Polsce roboty nie znajdziecie”.

Byłem w lekkim szoku.

No bo jak to? Przecież tym razem miało być inaczej. To nie jakaś pierwsza lepsza wykpiwana polonistyka, socjologia, albo politologia. Poważne studia przecież. A jednak. Być może zapotrzebowanie na absolwentów biotechnologii będzie w Polsce duże. Ale wtedy nie było, a absolwenci szukali czegoś na teraz. Idea, że być może za 10 lat rynek będzie ich potrzebować, jakoś do nich nie przemawiała. W sumie się nie dziwię.

Pytanie więc, co stałoby się z absolwentami kierunków przyszłości, gdyby zamawiali je eksperci od ryku pracy, kierując się wyłącznie prognozami. „Produkowanie” fachowców na zapas nie ma większego sensu. Młodzi ludzie zaczęli by od przebranżawiania się (zapewne na programistów) albo decydowali na emigrację. Czy po kilku latach wspinania się po drabinie kariery w innej profesji zdecydowaliby się na powrót do wyuczonego zawodu? Szczerze wątpię.

Tymczasem lista MEN ma być aktualizowana co rok. Firmy zgłoszą duże zapotrzebowanie na ekspertów od druku 3D. Proszę bardzo, nie wierzę, że uczelnie zachęcone finansowo przez ministerstwo nie zaczną łapanki na odpowiednie kierunki.

Ale póki co, polejmy trochę zimnej wody na rozgrzane głowy. I zamiast snuć ogólnikowe plany o rozwijaniu nowoczesnych technologii, pomyślmy o ludziach.