Myślicie, że unijne limity CO2 dla aut już są drakońskie? Mają zostać jeszcze zaostrzone

Aż o 50 proc. niższa emisja CO2 w 2030 roku niż w 2021 r. zamiast obecnie zakładanych 37,5 proc. Jak już pisaliśmy, unijna komisja ochrony środowiska naturalnego (ENVI) chce przyspieszyć redukcję CO2 i planuje wprowadzenie surowszych limitów. Nie będzie to dotyczyć tylko przemysłu ciężkiego czy energetyki, ale także producentów samochodów.

Ograniczenie średniej emisji dwutlenku węgla do 95 gramów na kilometr w Unii Europejskiej miało zacząć obowiązywać już w tym roku, ale zostało miłosiernie przesunięte na 2021 rok. O tym, z jak drakońskim prawem mamy do czynienia może świadczyć fakt, że odpowiada to średniemu zużyciu benzyny na poziomie 4,1 l/100 km.

Bizblog.pl poleca

Osiągnięcie takich parametrów bez sztucznego pompowania statystyk sprzedaży samochodów elektrycznych czy hybrydowych, a także bez stosowania rozmaitych sztuczek prawnych nie jest dziś możliwe w przypadku ogromnej większości producentów samochodów. Osobną kwestią jest miarodajność testów określających emisję CO2 – szczególnie w przypadku hybryd.

Chyba najbardziej znanym (i opłakiwanym) symbolem nowej polityki Brukseli jest Suzuki Jimny (na zdjęciu). Ten malutki samochód terenowy okazał się takim hitem, że na rynku wtórnym osiąga ceny dużo wyższe niż w salonach sprzedaży. Ze sprzedaży jako samochód osobowy musiał jednak zniknąć, bo nadmierna emisja CO2 oznaczałaby ogromne kary dla producenta. Jak pisali koledzy z Autobloga, Jimny powróci, ale już jako… auto dostawcze.

O tym, że nowe unijne prawo jest dziurawe jak ser szwajcarski, pokazuje niezakłócony „wyścig zbrojeń” niemieckich producentów samochodów. Każda z niemieckich marek premium ma w swojej ofercie kilka lub kilkanaście modeli z paliwożernymi silnikami o mocach przekraczających 500 czy nawet 600 KM.

Limity emisji CO2 w dół o połowę

Jeśli jednak z rynku musi zniknąć maleńkie Suzuki Jimny ze stukonnym silnikiem 1.5, a na ulice mogą trafiać kolejne egzemplarze prawie 600-konnego Mercedesa-AMG G 63 (emisja 322 g/km), to chyba z tymi „klimatycznymi” przepisami coś jest nie tak.

Jeśli przyszłoroczny limit jest drakoński, to jak nazwać limit, który od 2030 roku ma być niższy o 37,5 proc.? Właściwie to już chyba nieaktualne, bo Komisja Europejska opowiedziała się za ograniczeniem tego limitu aż o połowę do 2030 roku. „O połowę” – podkreślmy wzorem pewnej reklamy porównywarki ubezpieczeniowej.

Może to wszystko ma sens, bo zmotywuje producentów do szybszych zmian w technologii napędu samochodów, ale chyba bardziej prawdopodobne będzie dalsze zmniejszanie emisji CO2 na papierze, byle cyferki w raportach słanych do Brukseli się zgadzały.