Nie boisz się koronawirusa? Jak przeczytasz, co przeszła ta rodzina, wpadniesz w panikę

Historia małżeństwa ze Śląska powinna podziałać na wszystkich Polaków, którzy przestali przejmować się koronawirusem, jak zimny prysznic. Jeśli zachorujesz, zostaniesz pozostawiony na pastwę biurokratów. I nie licz, że epidemia wyzwala w urzędnikach ludzkie odruchy. Jest wręcz przeciwnie.

W sprawie małżeństwa ze Śląska, które w sanepidzie nie mogło doprosić się i testów i konkretnej informacji, co dokładnie robić ze zdrowymi współdomownikami, w tym dzieckiem, zadaliśmy pytania Ministerstwu Zdrowia i Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu. 

Ministerstwo Zdrowia w każdej sytuacji odbiegającej od przyjętych standardów prosi o wyjaśnienie. Tak będzie i w tym przypadku –

– odpowiedziały służby prasowe resortu.

Z kolei dla GIS, który ma do czynienia z wieloma takimi doniesieniami, ale – jak zaznacza – „w 8 przypadkach na 10 jest trochę inaczej niż jest to przedstawiane”, sprawa nie jest jednoznaczna. 

Bizblog.pl poleca

Kwarantanna, czyli czekając na wymazobusa

Przypomnijmy: małżeństwo z Bytomia, razem z synem od ponad czterech tygodni przebywają na kwarantannie i przy tej okazji boleśnie zderzają się z biurokratyczną ścianą. Najpierw zachorował pan domu. Wykonał prywatnie test (bo szybciej) i wynik okazał się pozytywny. Zgłosił się telefonicznie do sanepidu, a ten nawet się nie zająknął w sprawie zdrowych wciąż pozostałych domowników. Ale pani Dorota, jest uparta i po wielokrotnych interwencjach telefonicznych służby sanitarne się ulitowały i wymazobus do niej i dziecka wysłały 14 sierpnia. Wynik chłopaka był negatywny, a jego matki nierostrzygający. 

W takiej sytuacji Dorota była przekonana, że kolejny test musi przeprowadzić w ciągu 24-48 godzin. Nic takiego jednak się nie stało. W poniedziałek, 17 sierpnia, zadzwoniła do swojego „opiekuna” w sanepidzie. Ten zarzekał się, że wpisał właśnie Dorotę na listę do wymazobusa, który tym samym odwiedzi ją następnego dnia we wtorek, najdalej w środę.

Nic się nie dzieje i w końcu w środę dzwonię bezpośrednio do wymazobusa i pytam się czy jestem na liście. Okazuje się, że nie, i na następny dzień, czyli czwartek również mnie nie ma. Ale koniec końców mnie odwiedzają i przeprowadzają powtórny test

– relacjonuje Dorota.

Test i wynik to dwie różnie sprawy

Kiedy już kobiecie wydaje się, że to koniec tego trwającego ponad cztery tygodnie zamieszania, okazuje się, że nic bardziej mylnego. Wynik testu laboratorium umieszcza na serwerze o 4. rano, 20 sierpnia. Następnego dnia, w piątek, 21 sierpnia, Dorota dzwoni do sanepidu. Już ma nadzieję, że usłyszy, że wszystko jest w porządku i ich kwarantanna tym samym właśnie się kończy. Ale zamiast tego urzędniczy głos po drugiej stronie słuchawki informuje Dorotę, że jej wyniku jeszcze nie ma i laboratorium ma na to 24 godziny. Nie ma innej rady – trzeba czekać.

Moje więzienie i syna trwa dalej. Nie daję za wygraną i dzwonię kolejnego dnia. Odpowiedź sanepidu jest dokładnie taka sama

– opowiada Dorota.

Skoro tak, kobieta łączy się z laboratorium. Dowiaduje się, że laboratorium nie otrzymało skierowania EWP (Ewidencja Wjazdu do Polski) z bytomskiego sanepidu i teraz nie wiadomo, jak ten wynik oficjalnie wprowadzić do bazy. Dorota dzwoni do sanepidu. Tam jej „opiekun” twierdzi, że to niemożliwe i że „sprawdzi u koleżanki, najlepiej zadzwonić za pół godziny”. Z zegarkiem w ręku po tym czasie Dorota dzwoni kolejny raz. 

I nagle mój wynik jest w systemie sanepidu. Nie było go, a teraz jest. Wszystko dało się załatwić w dosłownie 30 minut. Straszne dla mnie było to, że pracownik sanepidu nie wie, jak sprawdzać dokumenty w ich systemie. Dopiero ja musiałam mu to powiedzieć. Inaczej znowu byłaby spychana na kolejne dni, tym samym przedłużając już swoją ponad miesięczną kwarantannę

– mówi Dorota.

Dorota całkiem poważnie zastanawia się nad pozwem cywilnym. Nie potrafi się pogodzić, że przebywała w izolacji ponad miesiąc tak naprawdę przez brak wiedzy urzędników, którzy nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności.

GIS: nie dochowano terminów, ale też nie przesadzajmy

Proszony o komentarz do tej sprawy Jan Bondar, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Sanitarnego, twierdzi, że: „nie mając wglądu w dokumentację konkretnych spraw, trudno – przynajmniej dla mnie – wyrokować”. Jednocześnie zaznacza, że z zasady nie odnosi się do tego typu historii, gdyż z jego doświadczenia wynika, że nie zawsze jest to tak, jak przedstawia to jedna strona. Ale od początku sugeruje, że jak coś to ktoś popełnił błąd w laboratorium. W sanepidzie nigdy w życiu.

Zakładając jednak, że nie ma tu żadnych przekłamań, to z tekstu jednoznacznie wynika, że laboratorium (prywatne?) nie powiadomiło niezwłocznie badanego o wyniku. Czy niezwłocznie powiadomiło stację sanitarno-epidemiologiczną o tym wyniku, tego nie wiemy, ale można przypuszczać, że też nie

– komentuje Jan Bodnar.

Przy okazji zaznacza, że oficjalna decyzja o rozpoczęciu kwarantanny, jakiej domagał się Damian z Dorotą jest decyzją ustną. Wystarczy, że urzędnik poinformuje i automatycznie rozpoczyna się kwarantanna. Dodaje też, że „przekonanie, że pracownicy inspekcji sanitarnej np. technolodzy żywności, powinni zajmować się chorymi pacjentami, diagnozować, udzielać porad medycznych itp. jest błędne”. Tym samym pretensje małżeństwa z Bytomia, że pracownicy sanepidu nie pytali się o ich samopoczucie i samopoczucie ich dziecka – są bezpodstawne. 

Gdy człowiek ma infekcję wirusową, to powinien siedzieć w domu. Jeśli jego stan się pogarsza, warto zasięgnąć porady lekarskiej, a w stanach nagłych trzeba dzwonić na pogotowie. Testy nie leczą i poza naprawdę ciężkimi stanami nie wpływają na postępowanie kliniczne…

– radzi Jan Bodnar.

Jego zdaniem monitorowaniem stanu zdrowia pacjenta powinien zajmować się lekarz. Wykonywanie testów osobom pozostających tygodniami w izolacji nie ma sensu i jest sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną.