Kryzys cofnął latanie do lat 90. Dzisiaj trudno uwierzyć, jak wtedy podróżowaliśmy

Przez pandemię światowy ruch lotniczy cofnął się do końcówki ubiegłego wieku. W porównaniu z 2019 r. liniom lotniczym ubyło 67 proc. pasażerów. Lotniska świecą pustkami, a cała sytuacja przypomina nieco okres sprzed ery lowcostów. Tyle że to był zupełnie inny świat.

Rzucił mi się w oczy raport firmy Cirium wskazujący, że ostatni raz tak niewielką liczbę pasażerów linie lotnicze przewiozły dokładnie w 1999 r. Analitycy podkreślają, że pandemia zaprzepaściła starania przewoźników z ostatnich 21 lat w zaledwie kilka miesięcy.

Bizblog.pl poleca

W 2019 r. linie lotnicze wykonały łącznie 33,2 mln lotów. W 2020 r. zaledwie 16,8 mln. Ruch lotniczy mierzy się jednak w tzw. pasażerokilometrach. I tu spadek jest jeszcze bardziej szokujący. Z roku na rok ich liczba spadła z 8,7 bln do 2,9 bln.

Bilet za średnią krajową

Szczerze? Wiem, że jesteśmy w środku pandemii koronawirusa, granice państw są ustawicznie zamykane, linie lotnicze bankrutują jedna po drugiej, a lotniska świeca pustkami. Jednak tak dużego tąpnięcia jednak się nie spodziewałem. A właściwie moja wyobraźnia nie ogarniała, że w erze tanich linii lotniczych, ruch pasażerski może się cofnąć do czasów, gdy latanie było przywilejem nielicznych.

Przyjrzyjmy się na przykład, jak wyglądało to w Polsce. Jesteśmy kilka lat po transformacji. Płaca minimalna wynosi nieco ponad 500 zł brutto. Średnia krajowa, którą widzi przecież zdecydowana mniejszość Polaków, to ok. 1700 zł. Bez podatków oczywiście.

Załóżmy, że tak zarabiający obywatel chciał wówczas wybrać się w podróż lotniczą. Bilety na rejsy krajowe sięgały 200-300 zł w obie strony. Czyli niewiele mniej, niż większość osób zarabiała na rękę. Pamiętam, jak w tamtym czasie dziadek zabrał mnie na wycieczkę z Warszawy do Katowic. Dzisiaj lot dla wielu pasażerów nie różni się szczególnie od podróży PKS-em, ale wtedy celebracja wyjazdu porównywalna była z hmm… czymś pomiędzy lotem dookoła świata a podróżą na orbitę okołoziemską. Chociaż bliżej jej było jednak do tej drugiej.

Kompletnie poza zasięgiem były natomiast wyprawy zagraniczne. Sam tak daleko pamięcią nie sięgam, pogrzebałem jednak trochę w sieci. Serwis klub90 wspomina, że bilet w dwie strony do Londynu kosztował 2 tys. zł. Coś, co dzisiaj kosztuje dniówkę, jeszcze 20 lat temu wymagało długich miesięcy wyrzeczeń.

Kontrola bagaży? A na co to komu?

Zupełnie inaczej wyglądało również podejście do spraw bezpieczeństwa. By ruszyć z lotniska, wystarczyło mieć tak naprawdę bilet, bo to czy został on kupiony na nazwisko pasażera, mało kogo interesowało. Na pokład samoloty można było wnieść tyle litrów wszelakich płynów, ile dusza zapragnie.

Ochroniarze, którzy byli pracownikami prywatnych firm (tych, które dały najniższą cenę w przetargu) nie wnikali też, czy mamy w torbie ostre przedmioty. Bywało i tak, że rodzina podróżującego mogła podejść pod samą bramkę i nikogo to nie niepokoiło.

Nie był to oczywiście standard obowiązujący na całym świecie. Zamachy w latach 70. zmusiły Izrael do testowania zawartości toreb w komorach dekompresyjnych, a dekadę później Brytyjczycy zaczęli eksperymentować z promieniami Roentgena, które miały ułatwić masową kontrolę bagaży. Na ściśle wyznaczone ogólnoświatowe standardy bezpieczeństwa trzeba było jednak poczekać aż do zamachów z 11 września 2001 r.

Lecisz do Danii, lądujesz w Szwecji

Kilka lat później na niebie zaroiło się od samolotów tanich linii lotniczych. W zasadzie właśnie od tego momentu możemy mówić o powstaniu lotnictwa pasażerskiego w obecnej formie. Początki bywały trudne. Na początku XX w. brytyjscy klienci Ryanaira złożyli skargę przeciwko przewoźnikowi do Urzędu ds. Standardów Reklamy.

Powód? Irlandczycy obiecywali, że zawiozą pasażerów do Kopenhagi, zamiast tego wywoził ich do Malmoe. Oficjalnie przewoźnik wszystkiemu jednak zaprzeczał, tłumacząc, że wcale nie reklamował tych podróży jako wycieczki do stolicy Danii. Oba miasta łączy zresztą tylko 40 km. Być może O’Leary uznał, że wypominanie pomyłki jest ze strony klientów przesadną czepliwością.

Takich grzeszków na sumieniu Ryanair miał zresztą więcej. Lowcost reklamował także lot do oddalonego o 60 km od Bolonii portu w Forli jako lotu do… samej Bolonii.

Przy wielu dzisiejszych zastrzeżeniach do tanich linii, tego typu praktyki odeszły w zapomnienie. Tak samo, jak kosmiczne ceny biletów, bo do warunków dyktowanych przez WizzAira czy Ryanaira dostosowują się dzisiaj także regularni przewoźnicy. PLL LOT oferowały w te wakacje wycieczki do kurortów nadmorskich za kilkaset złotych w obie strony.

Z latami 90. Dzisiejsze lotnictwo łączy więc dzisiaj tylko liczba pasażerów. Na całe szczęście.