Sąd Najwyższy umywa ręce, więc frankowicze chcą dobrać się bankom do skóry

Orzeczenia Sądu Najwyższego ws. frankowiczów może wcale nie być, choć I prezes SN Małgorzata Manowska już szykuje na sędziów zasadzkę, żeby zmusić ich jednak do orzekania. Ale frankowicze już wiedza, że nie ma co czekać i znów muszą przejść do ataku, więc zaczynają wydrapywać bankom oczy. Banki nie pozostają dłużne i twierdzą, że są ofiarami i właściwie to nie ma o czym gadać.

Robię wszystko, by doprowadzić do wydania orzeczenia

– powiedziała w wywiadzie dla Wirtualnej Polski I Prezes Sądu Najwyższego.

Mowa oczywiście o orzeczeniu dotyczącym frankowiczów. „Robię wszystko” oznacza między wierszami, że sędziowie wcale nie chcą go wydać. Ale właściwie nie trzeba czytać między wierszami, bo prezes Manowska przyznaje wprost, że może być tak, że sędziowie odmówią wydania orzeczenia, prawdopodobnie ze względu na polityczny konflikt pomiędzy tzw. starymi sędziami a nowymi powołanymi według reguł ustalonych przez PiS, przez co legalność ich wyboru jest kwestionowana.

Bizblog.pl poleca

Ale nic się nie martwcie – mówi pani prezes, bo co prawda przyznaje, że jako szef Sądu Najwyższego „nie ma narzędzi”, żeby zmusić sędziów do wydania orzeczenia, ale ma jednak  „plan awaryjny” i jeśli będzie trzeba, „zadziała sposobem”.

Same złe wieści. Nie liczcie już na SN

Uspokojeni? Błąd! Bo właściwie wszystko, co powiedziała prezes Manowska, oznacza kłopoty. Po pierwsze cała sprawa się pewnie znowu przeciągnie, a więc wszyscy, łącznie z inwestorami, pozostają w niepewności. Po drugie, sama prezes przyznaje, że to jej „działanie sposobem” może jednak nie dać gwarancji, że tak wyszarpane orzeczenie nie będzie podważane. Po trzecie, orzeczenie jednak może wcale nie zostać wydane.

To zła wiadomość dla banków, bo ostatnio oczekuje się, że jednak orzeczenie SN wcale nie byłoby takie bardzo prokonsumenckie, a raczej relatywnie korzystne dla banków. Jeśli nie zapadnie, sądy będą jak obecnie orzekać na korzyści frankowiczów albo skrajnie na korzyść frankowiczów.

Widać to zresztą po reakcji giełdy na wywiad z prezes Manowską, bo akcje banków, szczególnie tych najmocniej zaangażowanych w kredyty frankowe, w poniedziałek zanurkowały.

Ale to też zła wiadomość dla frankowiczów, którzy widzą, że nie ma co czekać i pora wznowić medialną wojnę. No i znów się zaczęło.

Skandal, fałsz, oszustwo! KNF jest jednostronny i nierzetelny

Kilka dni temu Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu oburzyło się na opinię Komisji Nadzoru Finansowego na temat kredytów walutowych. To opinia, o którą poprosił m.in. KNF Sąd Najwyższy, trochę, żeby uzupełnić wiedzę, trochę, żeby grać na czas. 

Stowarzyszenie frankowiczów w mediach grzmi: KNF jest jednostronny i nierzetelny. Dlaczego? Oczywiście dlatego, że nie stanął po ich stronie. A konkretnie zdaniem SBB KNF wykazał się nierzetelnością, bo napisał sędziom, iż banki nie czerpały korzyści finansowych ze zmiany kursu walutowego. A zdaniem frankowiczów czerpały. 

Kto ma rację? Otóż to jeden z najczęstszych obiektów tej frankowej manipulacji. Frankowicze często używają tego argumentu, sugerując w domyśle, że skoro banki zarabiały jeszcze więcej na wzroście kursu franka, same maczały w tym palce, żeby do tej wielkiej aprecjacji doprowadzić. Co oczywiście jest bzdurą! Banki same były w szoku, kiedy frank nagle skoczył do 5 zł. I to nie tak, że, jak bank udzielił kredytu, gdy frank był po 2 zł, a potem kredytobiorca spłacał ratę po 5 zł za franka, to te 3 zł to zysk banku. Niestety wielu tego nie rozumie, a niedopowiedzenia umiejętnie wykorzystywane przez frankowiczów takie właśnie tworzą wrażenie.

Ciekawe, że chyba po raz pierwszy frankowicze postanowili wyjaśnić, co oznacza ich zdaniem, że banki zarabiały na umocnieniu franka.

Banki zarabiały na wzroście kursu, bo jeżeli mówimy o kredycie, który byłby spłacany po 2 zł ze spreadem 5 proc. to zarobek banku jest mniejszy, niż gdy kurs jest 4 zł. Jeżeli kurs wzrósł dwukrotnie, to zarobek na spreadzie też wzrósł dwukrotnie

– mówił niedawno PAP Arkadiusz Szcześniak, prezes SBB.

I ma zupełną rację z tym spreadem. I pewnie niejednego tym sensownym tokiem rozumowania przekona, że banki jednak się skandalicznie dorobiły na frankowym nieszczęściu. Tylko nie zapominajmy, że to „boki”, szczegóły, które nie zmieniają generalnego obrazu sytuacji. Tym bardziej że banki, by oderwać się od wahań kursów i na nich nie tracić ani nie zarabiać, musiały przecież kupować odpowiednie instrumenty zabezpieczające. To też je przecież kosztowało.

Ale co tam, według SBB to już „odrębna kwestia”. Poza tym w sumie to nie wiadomo, od kogo je kupowały, a może od siebie nawzajem, więc i tak na tym zarobili.

Dalece się nie zgadzam z takim tokiem rozumowania, że „jak pił, to na pewno bił, a jak bił, to i złodziej”, bo to jednak manipulowanie opinią publiczną.

Poza tym pamiętajmy, że jakoś nikt się nie pieklił, kiedy kurs franka szwajcarskiego spadał, że banki przez to zarabiają na spreadach mniej niż wcześniej.

W ogóle warto o tym pamiętać, że jakoś kiedy kurs franka regularnie spadał, żaden frankowicz nie zawracał sobie głowy tym, że podpisał umowę, której nie rozumie, bo może nie do końca jasno mu ją objaśniono. I że są w niej jakieś nielegalne zapisy. Dopóki ja jestem „górą”, co mnie obchodzi, że umowa może być nieważna. I to, że KNF w swojej opinii dla SN zwraca na to uwagę, że problem z kredytami frankowymi wynika ze wzrostu kursu walutowego, a nie ze stosowania klauzul abuzywnych, to bardzo słusznie. Racja nigdy nie jest wyłącznie po jednej stronie.

Ale i tak 1:0 dla frankowiczów, bo znów przejęli kontrolę nad opowiadaniem tej historii w mediach.

Bankowcy oskarżani o czary płoną na stosie

Bankowcy też nie śpią. Choć już czują pod skórą, że SN bardzo ich nie skrzywdzi, to jednak trzymają rękę na pulsie, szczególnie w sytuacji, gdy SN może wypiąć się na wszystkich. No i znów kontratakują, tym razem opinią napisaną przez dr. hab. Krzysztofa Kalickiego na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”.

Szkoda tylko, że nie ma przy okazji jasnej informacji, kim jest Krzysztof Kalicki. Wydaje wam się, że to naukowiec? Owszem, to ekonomista związany obecnie z Akademią Leona Koźmińskiego. Nie wszyscy pewnie pamiętają, że to też wieloletni prezes Deutsche Bank Polska, a więc po prostu reprezentant lobby bankowego.

Zwykle nie lubię używania określenia „lobby bankowe”, bo od razu niesie jakiś ładunek emocjonalny, jakby szła za tym teoria spiskowa, a tych nie znoszę. Ale tym razem się należało. O lobby frankowiczów bowiem pisze sam Kalicki.

Kalicki podkreśla raz jeszcze, że banki nie zarabiały bezpośrednio na wzroście kursu franka i zarówno opinie KNF i NBP to potwierdziły. Sprytnie dodał „bezpośrednio”, do wyższych zysków ze spreadów się nie odnosząc. Więcej, według byłego bankowca tymi, którzy na całej aferze frankowej najbardziej się dorabiają, są prawnicy frankowiczów. Trudno odmówić mu racji.

Ale przecież nie w tym rzecz. 

Lobby frankowe insynuuje bankom, że na wolnym i konkurencyjnym rynku tworzyły iluzje. Rzekomo wyłącznie tymi iluzjami kierowało się przy podejmowaniu decyzji kredytowych prawie milion dorosłych, wykształconych, racjonalnych i doświadczonych ludzi

– pisze Kalicki.

Tylko że TSUE kilka tygodni temu stwierdził, że owszem, i jeden i milion dorosłych wykształconych (choć nie koniecznie) ludzi, racjonalnych, czy doświadczonych – to nie ma znaczenia, może kierować się iluzją, może nawet tak wierzyć w tę iluzję, że nie czyta umowy, którą podpisuje, a prawo i tak ma stać w obronie ich interesów, bo są słabsi jako konsumenci. I były szef Deutsche Banku z pewnością doskonale o tym wyroku wie. Ale przecież nie chodzi tu o fakty, to nie sala sądowa, ale o sprzedanie własnej wersji bajki.

I nieźle mu to idzie.

Włącza się typowy mechanizm opisany przez prof. Yuvala Noaha Harariego: pozbawianie godności osób czy instytucji w celu przejęcia ich majątku. W przeszłości, gdy chciano kogoś pozbawić majątku, ogłaszano go czarownikiem, zwoływano sąd, wydawano wyrok, palono go na stosie, a jego majątek przekazywano innym. Zbrodnia doskonała „w majestacie prawa

– pisze Krzysztof Kalicki.

A na deser: unieważnianie przez sądy umów kredytowych to „wywłaszczanie banków z ich majątku bez odszkodowania”.

Tak, tak, według bankowca to frankowicze pozbawiają godności banki, żeby przejąć ich majątek. A banki są jak te biedne czarownice palone na stosie. Muszę przyznać, że dawno nie słyszałam takiej hiperboli w robieniu z bankowców biednych ofiar.

Ale dobrze, festiwal manipulacji trwa. Tylko nie dajcie sobie robić prania mózgu, bo i jedna i druga strona są siebie warte.