Rośnie liczba zakażonych górników. Kopalnie znowu przestaną fedrować?

Chociaż do sytuacji z wiosny jednak ciągle daleka droga, to systematycznie powiększa się liczba górników zarażonych koronawirusem. Powtórki z zamykaniem kopalń nikt nie chce. To byłby gwóźdź do trumny dla całej branży.

W marcu i kwietniu ogniska zakażeń w kopalniach doprowadziły do tego, że pojawiły się głosy nawołujące do zamykania zakładów wydobywczych i izolacji górników. Nie brakowało propozycji, żeby całą Polskę odgrodzić od Śląska. Media tygodniami opisywały historię mieszkańców Katowic i okolic, którzy przy okazji rezerwacji wczasów w letnie wakacje musieli spełnić podstawowy warunek: nie mówić skąd są, bo inaczej rezerwacja im zwyczajnie przepadała. Mieszkaniec województwa śląskiego stał się personą non grata. Potem górnicy podpadli całej Polsce jeszcze bardziej, bo wypłacano im 100 proc. postojowego

Bizblog.pl poleca

Teraz, kiedy od kilku dni mamy pięciocyfrową liczbę zarażeń każdego dnia, uwaga skupia znowu się na kopalniach. Tym razem aż takiego wybuchu epidemii jak wiosną tam nie ma. Co wcale nie oznacza, że za chwilę może się to zmienić. Jak informuje nas Tomasz Głogowski, rzecznik prasowy Polskiej Grupy Górniczej, obecnie w największej spółce górniczej w UE, zatrudniającej ok. 40 tys. pracowników obecność COVID-19 stwierdzono u 241 osób. Najwięcej jest ich w kopalni „Mysłowice-Wesoła”: 40. Na kwarantannie przybywa 643 pracowników PGG.

To nie jest duża skala, a przynajmniej dużo mniejsza niż wiosną tego roku, ale oczywiście w żaden sposób nie lekceważymy zagrożenia. W PGG stan najwyższej gotowości epidemicznej

– zaznacza Tomasz Głogowski. 

Od początku pandemii w PGG zaraziło się koronawirusem 3518 zatrudnionych.

Koronawirus w kopalniach pod kontrolą

A jak sytuacja epidemiczna wygląda w pozostałych spółkach górniczych? Podobnie: nieporównywalnie z tym co działo się w marcu i kwietniu. Liczba zakażonych w JSW w zeszłym tygodniu wyniosła raptem 24. A w Tauronie Wydobycie tylko 10. I chociaż tutaj też sytuacja wydaje się być kontrolą, to nikt nawet nie myśli o zniesieniu jakichkolwiek obostrzeń. W kopalniach też bowiem obowiązuje dystans społeczny, noszenie maseczek, czy dezynfekcja rąk. Systematycznie czyszczone są łaźnie, cechownie i ciągi komunikacyjne. Zmniejszono także liczbę górników mogących znajdować się w windach zjeżdżających pod ziemię.

O zamykaniu kopalń nikt nawet nie mówi

Trudno się dziwić tym środkom ostrożności. Dzisiaj w polskim górnictwie największy strach nie dotyczy rozpasanego importu węgla i rosnących przykopalnianych zwałach. W dobie pandemii największe zdecydowanie oczy ma strach dotyczący konieczności ponownego zamykania kopalń, co już miało miejsce na wiosnę i co bardzo niekorzystnie odbiło się dla całej branży. W efekcie największe spółki jak PGG i JSW muszę czerpać z pomocy Polskiego Funduszu Rozwoju, bo inaczej o jakiejkolwiek płynności finansowej mogłyby zapomnieć. 

Jeszcze w marcu w Polsce wydobyliśmy ponad 5 mln ton węgla (sprzedaliśmy o pół tony mniej). Ale już w kwietniu było gorzej. Wydobycie spadło do poziomu 4,24 mln ton, tak jak zresztą sprzedaż: 4.04 mln ton. Skutki administracyjnego ograniczenia wydobycia i pracy pod ziemią najlepiej widoczne były bodaj w maju, kiedy w polskich kopalniach wydobyto jedynie 3,46 mln ton węgla, z czego sprzedano raptem 3,19 mln. To tragiczny wynik, którego na próżno szukać w ostatnich latach. W lutym 2019 r. też było źle i to bez pandemii i wydobycie spadło do poziomu 4,8 mln ton. Ledwo ponad 5 mln ton było z kolei w kiepskim lutym 2015 r.