Koronawirus przeorał rynek pracy. Kasjerki mają się lepiej niż białe kołnierzyki

Pandemia wymusiła na wielu przedsiębiorstwach całkowite zawieszenie działalności albo znacznie zredukowała ich szansę na dotarcie do klienta. Pracownicy masowo lądują na bruku, a firmy nie spieszą się w ponownym zatrudnianiem. Liczba ofert pracy leci na łeb na szyję. Ale jest jedna grupa, która na tej wielkiej rewolucji na rynku pracy zyskuje – to pracownicy fizyczni.

Działamy w warunkach kryzysowo-wojennych. Część branż, które powinny działać relatywnie normalnie, ma duże problemy z utrzymaniem płynności

– mówi Bizblog.pl Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Bizblog.pl poleca

Zdaniem eksperta rynku pracy z Polskiego Instytutu Ekonomicznego sytuacja sprawia, że jako pierwsze na ścięcie idą tzw. usługi profesjonalne. „Firmy obcinają budżety na doradztwo strategiczne, komunikację, coaching czy reklamę. Jeżeli na stole są cięcia etatów, menedżerowie zaczynają od zrezygnowania z zewnętrznych usług. To powód, dla którego białe kołnierzyki tracą” – wyjaśnia.

Firmy przechodzą w tryb przetrwania

– stwierdza Andrzej Kubisiak.

Oferty pracy znikają w mgnieniu oka

Kondycja rynku pracy od połowy marca pogarsza się praktycznie z dnia na dzień. Trend dobrze obrazują statystyki wyświetlane na stronie internetowej Centralnej Bazy Ofert Pracy. W ten sposób wyglądały one 29 marca:

W ten sposób 4 dni później:

A tak rano 8 kwietnia:

W ciągu raptem 11 dni z bazy wyparowało 19 proc. wolnych miejsc pracy (o 7 tys.) i 21 proc. ofert, których całkowita liczba spadła o 3 tys.

Jednocześnie, mimo trwających rozmów o tarczy antykryzysowej,

To nie jest kraj dla białych kołnierzyków

Bardziej szczegółowy obraz sytuację pracowników na rynku daje analiza przeprowadzona przez firmę doradczą Grant Thornton. Organizacja przebadała treść ofert ukazujących się na portalach pracuj.pl i olx.pl w okresie 10-31 marca 2019.

Czego dowiemy się z tego opracowania? Najbardziej zaskakuje chyba fakt, że całkowita liczba ofert w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku spadła zaledwie o 7,5 proc.

Wraz ze zmniejszonym zapotrzebowaniem na ręce do pracy w dół poszły także… wymagania wobec kandydatów. Ich średnia liczba zmniejszył się z 5,2 do 4,6 punktów. Zmniejszone oczekiwania dotyczyły takich dziedzin jak znajomość języka, doświadczenie i wykształcenie. Większa niż do tej pory uwagę pracodawcy przywiązują za to do dyspozycyjności.

Ci, którym uda się znaleźć nową posadę muszą się za to liczyć z węższym zakresem benefitów. W dół poleciały praktycznie wszystkie bonusy, którymi pracodawcy chwalą się w ogłoszeniach – od dodatkowych szkoleń i pakietów medycznych i kursów językowych po owocowe środy na strefach chill zone kończąc. I w sumie trudno się dziwić, szczególnie chillu w polskich firmach długo jeszcze nie będzie.

raport Grant Thornton

Na ten moment spadek liczby ogłoszeń nie jest aż tak drastyczny, co oznacza, że pracodawcy wciąż poszukują osób do pracy. Można nawet powiedzieć, że niektóre branże skorzystały i zapotrzebowanie na ich usługi wzrosło, dotyczy to np. technologii czy IT, a pracownicy fizyczni mogą nawet liczyć na podwyżki

– komentuje Monika Łosiewicz, menedżer ds. rekrutacji Grant Thornton

Kryzys mocno daje się jednak we znaki w większości pozostałych branż. „Gazeta Wyborcza” pisze, że tylko w Krakowie w ramach zwolnień grupowych pracę stracą 353 osoby. Niedawne badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego wskazuje z kolei, że aż 28 proc. przedsiębiorstw zadeklarowało zwolnienie części pracowników w kwietniu i maju.

Odwrotnie sytuacja wygląda w branżach, które odpowiadają na potrzeby nowych, „wojennych” realiów. Skokowo wzrosła liczba pracowników potrzebnych w e-commerce, branży budowlanej, usługach kurierskich czy produkcji spożywczej.

Kasjerzy wynagradzani jak nigdy

O ile jednak eldorado w IT trwa już od kilku lat, o tyle poprawa sytuacji pracowników fizycznych jest już pewnym novum. Odsetek ofert skierowanych do tej grupy wzrósł z 34 do 52 proc. Najwięcej ogłoszeń kierowanych jest do kasjerów, pracowników budowlanych, magazynierów i dostawców.

Ci pierwsi podwyżki zaczęli dostawać wraz z pierwszymi oznakami paniki zakupowej wśród Polaków. Jeronimo Martins postanowiło rozdać sprzedawcom po 550 zł brutto premii za pracę w tygodniach 9-14 marca i 16-21 marca. Oprócz tego na ich konta wpłynęły nagrody roczne w wysokości 2300 zł brutto.

Jeżeli doliczyć do tego premie sprzedażowe związane z wyższym obrotem placówek (a te, biorąc pod uwagę ruch w sklepach, będą zapewne rozdawane) może się okazać, że praca w Biedronce była w ostatnim czasie nie mniej opłacalna niż dłubanie w Excelu. A z pewnością dużo pewniejsza. Premie wahające się od 300 do 1000 zł dostali też pracownicy m.in. Lidla, Tesco, Aldi, Kauflandu i Netto.

Warto pamiętać jednak o tym, że skok zarobków pracowników handlu może być chwilowy. Sieci handlowe potrzebują ich w warunkach nieoczekiwanego kryzysu. Kiedy kurz bitewny opadnie, okaże się, że coraz więcej sklepów wyposażonych jest w kasy automatyczne. Covid-19 jest więc z pewnością czarnym łabędziem dla całej branży, ale może być też łabędzim śpiewem samych kasjerów. Ale to nie jest jeszcze przesądzone.

Nie jesteśmy w stanie określić, jak długo będzie trwał i jak bardzo będzie głęboki obecny kryzys. To wszystko wpłynie na kondycję rynku pracy i jego kształt w przyszłości

– wskazuje Andrzej Kubisiak.