Przed nami zupełnie nowe czasy. Helikoptery z gotówką już nadlatują

To, co do niedawna było domeną raczej teoretycznych sporów i dyskusji, za chwilę naprawdę będzie się działo. A my na bieżąco będziemy mogli obserwować efekty czegoś, co w tej chwili wygląda już na największy globalny program stymulacji gospodarczej naszych czasów.

Po początkowych wahaniach, a następnie paru tygodniach pracy i wyliczeń kolejne państwa deklarują, ile pieniędzy będą w stanie przeznaczyć na ratowanie gospodarki, czyli głównie małych i średnich firm przed bankructwem. I są to kwoty, od których się kręci w głowie. Na przykład 200 miliardów euro w Hiszpanii to około 16 procent PKB tego kraju. Wielka Brytania daje 330 miliardów funtów, czyli blisko 15 procent PKB tego kraju. W Polsce pakiet pomocowy równy 15 procentom PKB musiałby wynosić jakieś 350-370 miliardów złotych, czyli równowartość wydatków na 500 plus za najbliższe 8-9 lat. Polityczne przepychanki w naszym kraju zwykle dotyczą kwot w okolicach miliarda, dwóch, może pięciu. 370 miliardów to jest akurat dokładnie tyle, ile nasz kraj dostał z Unii Europejskiej na lata 2014-2020. Cały program spójności plus kasa dla rolników razem wzięte. I teraz państwa zagrożone kompletnym kolapsem gospodarczym spowodowanym koronawirusem są gotowe wpompować takie pieniądze praktycznie już teraz i zaraz. Nie w ciągu wielu lat.

To jest absolutny rekord świata stymulacji fiskalnej koniecznej do tego, aby pokryć koszty funkcjonowania firm pozbawionych przechodów i nie dopuścić do ich masowego upadku. Bo jeśli pozwoli im się upaść, to potem bez nich, po pokonaniu koronawirusa, znacznie trudniej będzie wrócić na stare tory wzrostu gospodarczego, więc warto tę kasę wydawać na pokrywanie kosztów wynagrodzeń pracowników, którzy tak naprawdę nie zawsze mają, jak pracować albo pracują mniej. Na finansowanie wakacji kredytowych, zwolnienia podatkowe albo po prostu kredyty, które pozwolą tym firmom zachować płynność finansową, tak długo jak będzie to potrzebne.

Bizblog.pl poleca

Rządy będą rozdawać pieniądze za nic

Ale to nie wszystko. W USA Donald Trump i jego sekretarz skarbu Steven Mnuchin zamierzają… rozdawać ludziom pieniądze. Po to, żeby je mieli w czasach, w których trzeba siedzieć w domu, nie wychodzić i czekać aż zaraza minie. Mowa jest o kwocie w wysokości co najmniej 1000 dolarów na głowę. Przelewy mają ruszyć w kwietniu. Jak na amerykańskie warunki nie jest to kwota duża – przeciętna płaca godzinowa w USA to niecałe 24 dolary, więc 1000 dolarów to wynagrodzenie za nieco ponad 40 godzin pracy, czyli trochę więcej niż tydzień zatrudnienia. Ale ważna jest metoda. Za chwile doczekamy się czasów, w których amerykański rząd będzie rozdawał ludziom pieniądze za darmo. Zresztą niewykluczone, że nie tylko amerykański, bo „direct payments”, czyli bezpośrednie przelewy dla gospodarstw domowych zapowiedział też premier Kanady Justin Trudeau.

Swoją drogą już parę tygodni temu dokładnie to samo zapowiedziano w Tajlandii, Hong Kongu i Singapurze. Doczekamy się więc zrzucania pieniędzy z helikoptera, o którym kiedyś raczej teoretycznie opowiadał jeden z najbardziej znanych ekonomistów Milton Friedman. Władza zamiast dosypywać pieniądze do gospodarki za pośrednictwem banków, dosypie ich bezpośrednio do kieszeni konsumentów.

Wszystkie te pomysły znacząco zwiększą deficyty budżetowe (tym bardziej, że w arsenale pomysłów na pomoc firmom są też zwolnienia podatkowe), wzrośnie więc zapewne dług publiczny. Możliwe, że aby w bankach znalazło się wystarczająco dużo pieniędzy na zakup nowo wyemitowanych obligacji rządowych, będą one musiały korzystać z pomocy finansowej banku centralnego. Inaczej mówiąc, niewykluczone, że pośrednio wielkie programy pomocowe przeciwdziałające skutkom koronawirusa finansować będzie właśnie bank centralny.

Co dla wielu może być szokujące.

Gdyby gospodarka funkcjonowała normalnie, można by się obawiać wzrostu inflacji. Ale dziś gospodarka nie funkcjonuje normalnie, a miejscami w ogóle przestaje funkcjonować. Środki nadzwyczajne są więc jak najbardziej na miejscu, a państwa nie powinny zachowywać się zbyt bojaźliwie. Nie zmienia to faktu, że na pewno będą jakieś skutki uboczne, które dziś trudno przewidzieć. No i pozostaje jedna, dość istotna sprawa. Kiedy już ciężar podtrzymywania gospodarki przejdzie w dużej części z sektora prywatnego (rozłożonego na łopatki przez koronawirusa) na państwo, to możliwe, że potem trudno będzie wrócić do tego, co było przed koronawirusem.

Często bowiem zdarza się, że rozwiązania wprowadzane jako nadzwyczajne, albo tymczasowe (skup obligacji z rynku w USA w 2008, podwyżka VAT w Polsce w 2011, itd. Itd.) zostają z nami na stałe. Kto wie, być może zrzuty gotówki z helikoptera zostaną na świecie na dłużej? Być może za kilka miesięcy będziemy żyli w świecie, w którym rola wydatków państwowych i banku centralnego będzie zupełnie inna niż do tej pory. Patrzymy właśnie na ogromny eksperyment ekonomiczny, na który nigdy byśmy się nie zdecydowali dobrowolnie, ale zostaliśmy do niego zmuszeni. Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że ten eksperyment zmieni gospodarkę światową na stałe. Nie wiem co konkretnie z tego wyniknie, ale warto mieć świadomość, że znaleźliśmy się w momencie gospodarczo przełomowym.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.