Podniesienie płacy minimalnej. „500+ też miało skończyć się katastrofą…”

Jechałem ostatnio tramwajem, a tuż obok mnie dwóch ekonomistów dyskutowało o problemie podnoszenia płacy minimalnej. Rozmowa była ciekawa, więc ją zapamiętałem w całości. Oto ona:

Fot. pexels.com

– Podnoszenie płacy minimalnej to zło! To brutalna interwencja państwa w mechanizm rynkowy na rynku pracy, nie ma z tego żadnej korzyści dla nikogo.

– Ależ przecież korzyści są bardzo widoczne: najsłabiej zarabiający zatrudnieni zarabiają więcej pieniędzy, dzięki czemu poprawia się ich sytuacja życiowa, a dzięki większym zarobkom mogą następnie zwiększać swoje wydatki dzięki czemu pomagają koniunkturze gospodarczej.

Bizblog.pl poleca:

– Taki efekt wystąpiłby, gdyby wszyscy oni zachowali swoje miejsca pracy. Niestety w wyniku podniesienia płacy minimalnej pracodawcy będą zmuszeni ich zwolnić, bo nie będzie ich stać na ich zatrudnianie, albo co najmniej nakażą im samozatrudnienie, albo wręcz zatrudnią na czarno. Wtedy ich sytuacja się nie poprawi, bo będą bardziej narażeni na całą masę ryzyk na rynku pracy, których unikali na etacie.

– Nie ma żadnych podstaw aby sądzić, że pracodawcy ich zwolnią. Z badań NBP z 2016 roku wynika, że zdaniem pracodawców zwalnianie ludzi w reakcji na podnoszenie płacy minimalnej to ostateczność. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że po prostu zacisną zęby i pogodzą się z wyższymi kosztami i tak zachowując rentowność. Ewentualnie poszukają sposobów na zwiększenie wydajności pracy, albo na redukcję jakichś innych kosztów. Zresztą płaca minimalna rośnie co roku, a bezrobocie jakoś nie rośnie.

– Mimo wszystko jest to niewygoda i niesprawiedliwość. Przedsiębiorcy powinni podejmować decyzje o sposobach na podnoszenie wydajności i redukcjach kosztów wyłącznie w oparciu o sytuację na wolnym rynku, nie powinni być do tego przymuszani przez państwo, takie interwencje zawsze przynoszą więcej szkody niż pożytku.

– Ach, gdybyśmy tylko mieli na rynku pracy wolny rynek. W praktyce w większości przypadków, a zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, tam gdzie nie ma zbyt wielu pracodawców mamy do czynienia z monopsonem, czyli sytuacją, w której w negocjacjach płacowych pracodawca ma dużą przewagę nad pracownikiem. W efekcie pracownicy często zgadzają się na zatrudnienie za pieniądze mniejsze niż mogliby wynegocjować właśnie gdyby faktycznie istniał tam wolny rynek. Czyli gdyby w przypadku niezadowalającej oferty ze strony pracodawcy mogli sobie swobodnie wybrać innego spośród wielu dostępnych. W tym kontekście podnoszenie płacy minimalnej nie oddala nas od ideałów wolnego rynku, ale wręcz nas do nich przybliża, niwelując zniekształcenia wynikające z tego, że mamy monopson, a nie wolny rynek! Dopiero dzięki istnieniu ustawowej płacy minimalnej ludzie zarabiają tyle, ile powinni.

– Nawet jeśli tak jest (chociaż nie wszędzie musi tak być i chyba nie przy bezrobociu na poziomie 4 czy 5 procent), to przecież płacy minimalnej nie powinno się podnosić o 15 procent rocznie i tak przez kolejne cztery lata! To graniczy z szaleństwem i grozi nam katastrofą!

– E tam, katastrofą, po co od razu takie wielkie słowa? 500+ też miało skończyć się katastrofą i co? I nic. Żadnej katastrofy nie było, a w budżecie zamiast megadeficytu mamy prawie nadwyżki. Teraz też sobie poradzimy.

– No właśnie niestety z tego, że nam wyszło z 500+ nie musi wynikać, że nam wyjdzie z podwyżką płacy minimalnej o 70 procent w cztery lata. To, że nic sobie nie zrobiłeś, wyskakując z okna na pierwszym piętrze, nie oznacza, że jak wyskoczysz z drugiego piętra, to też sobie nic nie zrobisz. Nawet jeśli w większości przypadków wzrost płacy minimalnej nie powoduje wzrostu bezrobocia ani bankructw firm, które sobie nie radzą z wyższymi kosztami, to jest tak właśnie dlatego, że ta płaca rośnie rozsądnie i powoli. A nie o 15 procent rocznie przez cztery lata z rzędu.

– Według większości badań, dopóki płaca minimalna jest poniżej mniej więcej 60 procent mediany płac w gospodarce, jej wzrost nie jest niczym groźnym. My mamy minimalną w okolicach 50 procent, więc śmiało możemy ją podnosić.

– Tak, możemy sobie ją podnieść jednorazowo o 15 procent w jednym roku i wtedy już będziemy bardzo blisko tej granicy 60 procent. Natomiast zgodnie z zapowiedziami w 2023 roku będziemy już ją mieli dawno miniętą i znajdziemy się w miejscu, w którym nikt dotąd nie był. A ci, którzy zapędzili się w nieznane, w mniejszym stopniu poczuli złe skutki, na przykład Węgrzy. Tam około 10 procent ludzi zarabiających płacę minimalną po jej znaczącym podniesieniu straciło pracę, a firmy dotknięte podwyżką musiały potem podnosić ceny swoich produktów.

– Ale tak samo jak sukces 500 plus nie musi oznaczać sukcesu rewolucji w płacy minimalnej, tak samo porażki Węgrów na tym polu nie muszą automatycznie oznaczać, że my też poniesiemy porażkę. Każda gospodarka jest inna.

– Mnie bardziej martwi, że różnią się od siebie nie tylko gospodarki różnych państw, ale także różne regiony w tym samym państwie. Średnia płaca w mazowieckim w pierwszym półroczu wynosiła 6083 złotych brutto, a w warmińsko-mazurskim 4054 złotych. To jest dokładnie 50 procent różnicy! W dolnośląskim 5243 złotych, a w podkarpackim 4189 złotych – 25 procent różnicy. We Wrocławiu czy w Warszawie nikt pewnie nie będzie miał problemu z wyższą płacą minimalną. Ale małe firmy pod Przemyślem chyba mają problem. W lubelskim, podlaskim i świętokrzyskim średnia pensja to też okolice 4200 brutto. Tam ten graniczny bezpieczny poziom płacy minimalnej zostanie przebity najszybciej. Największe ryzyko związane z tak szybkim podnoszeniem płacy minimalnej spoczywa zatem na barkach mieszkańców tych województw, w których PiS cieszy się największą popularnością. To polityczny absurd. Tak zwana Polska B zostanie tym pomysłem gospodarczo zaorana.

– Ale z drugiej strony jest tam też dużo biernych zawodowo, którzy przy wyższej płacy minimalnej będą mieli lepszą motywację, żeby w ogóle zacząć szukać pracy i się zaktywizować. A poza tym jeszcze raz przypominam to badanie NBP – zwalnianie ludzi to dla firm ostateczność. Bardziej prawdopodobne jest na przykład szukanie oszczędności tnąc inne koszty.

– Ale to też może oznaczać coś złego. To może oznaczać, że piekarz będzie oszczędzać na składnikach do chleba i będzie mniej chleba w chlebie. I będzie mniej kiełbasy w kiełbasie. Takie oszczędzanie może prowadzić do obniżenia jakości produktów i usług. To nam grozi pójściem w stronę dziadostwa. No i do tego grozi nam wyższa inflacja, bo część firm będzie radzić sobie z problemem wyższych kosztów podnosząc ceny.

Bizblog.pl poleca tego autora:

– Gdyby firmy mogły tak po prostu przerzucać wzrost kosztów na klientów przez podnoszenie cen, robiłyby to po każdej podwyżce cen paliw, a jakoś tego nie robią. Bo nie pozwala im na to konkurencja na rynku. A przed marszem w stronę dziadostwa uchronią nas większe i bogatsze firmy, które z wyższą płaca minimalną sobie poradzą. A jeśli najsłabsi przez to padną? No cóż, na wolnym rynku jest tak samo, prawda? Silniejsi przejmą słabszych, ogólna efektywność gospodarki od tego wzrośnie. Czyli będziemy mieć i wyższe płace i wyższą efektywność – wszystko się zgadza. A do tego jeszcze dwie sprawy: przy wyższej płacy minimalnej łatwiej będzie przekonać Ukraińców, żeby nie wyjeżdżali do Niemiec, a po drugie firmy będą miały większą motywację do inwestowania w automatyzację i robotykę. Same plusy! PKB będzie rosnąć szybciej!

– Obawiam się, że większość firm będzie się bać inwestować w cokolwiek, bo po pierwsze tak duże zmiany, zapowiadane bez żadnych konsultacji z kimkolwiek zwiększą niepewność co do stabilności otoczenia prawnego, a po drugie płaca minimalna to nie wszystko. W tym samym czasie wzrosną obciążenia związane ze składkami na PPK, wzrosną składki na ZUS, bo rząd zlikwiduje limit składek na poziomie 30-krotności średniego wynagrodzenia. A do tego jeszcze split payment w VAT pogorszy im płynność finansową. Nawet jeśli każdy z tych pomysłów ma sens, to ich kumulacja w tym samym czasie może być dla większości firm sporym problemem i zniechęcać do inwestowania. A bez inwestycji PKB będzie rosnąć wolniej.

– Nie. Ludzie będą mieć więcej pieniędzy, a firmy to przełkną, będzie lepiej.

– Nie. Ludzie stracą poczucie stabilności na rynku pracy, a firmy będą musiały zaciskać pasa, będzie gorzej.

I tutaj wysiadłem z tramwaju.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik „Dziennika Gazety Prawnej” i Tok FM.