Sądzę, że na tę zmianę w prawie czekają miliony Polaków. Odtajnienie zarobków to koniec robienia z pracownika frajera

Pracodawca miałby obowiązek pisać w ogłoszeniu o pracę, ile zamierza za tę pracę zapłacić. Czy to nie powinno być oczywistością? Nie jest. Projekt czeka w Sejmie. A lojalni pracownicy czekają na argumenty w walce o dawno niewidzianą podwyżkę. Pracodawcy, boicie się już?

Bo to jest taka gra. Idziesz na rozmowę o pracę, a praca to nie wolontariat, więc oczekujesz, że ktoś ci za tę pracę zapłaci. Ile? No właśnie, na rozmowie kwalifikacyjnej pada sakramentalne pytanie. Co wtedy?

Chciałbyś zarabiać jak najwięcej. Ale jak powiesz za dużo, od razu zostaniesz skreślony. Ile to jest za dużo? Nie wiesz, bo nie wiesz, jakie są przeciętne zarobki na tym stanowisku, w tej firmie. A może zależy ci na tej pracy, bo czujesz, że będziesz się w niej rozwijał? No to powiedz mniej, żeby nie skreślać swoich szans.

Ale ile to jest mało na stanowisku, na które aplikujesz? Też nie masz pojęcia. No to może nie próbuj zgadnąć, ile płaci się na rynku za taką pracę, o jaką się starasz, tylko, skoro cz`zi zależy, powiedz najniższą stawkę, za jaką byłbyś skłonny pracować. W ten sposób zwiększasz swoje szanse.

Ale jak okaże się, że powiedziałeś dużo za mało? Owszem, pracę dostaniesz, ale będziesz czuł się frajerem. Co gorsze, słusznie, bo wykonujesz pracę, za którą inni dostają znacznie więcej.

Patrząc drugiej strony, pracodawca ma jakiś budżet na zatrudnienie pracownika. Ale po co ma wydawać wszystko, co ma do dyspozycji, jeśli być może wcale nie ma takiej potrzeby. Pyta więc pracownika, za ile jest skłonny dla niego pracować. A nóż okaże się, że pracownik wcale nie ma wielkich oczekiwań. No to po co przepłacać?

Monty Python w supermarkecie

No i tak jeden, i drugi poruszają się po polu minowym. Jak którykolwiek wyjdzie poza bezpieczną strefę, może wylecieć w powietrze, a przynajmniej z gry. Problem polega na tym, że żadna ze stron nie wie, gdzie przebiega granica tej bezpiecznej strefy, w której mogą się dogadać.

Dodatkowo, choć obie strony rozmawiają, zwykle tematem zakazanym jest wyznaczenie granic tej strefy. Obie strony grają więc w ciemno. Pracownik często czuje się onieśmielony, rozmawiając o pieniądzach, bo to w Polsce temat tabu. Pracodawca z kolei często pytanie o wysokości wynagrodzenia na początku rozmowy uważa za butę i arogancję.

Czy to nie jest jakiś Monty Python? To tak, jakby na półkach w markecie leżały produkty, ale nie było na nich cen. Na jakiej podstawie klient ma podjąć decyzję, czy chce produkt tej czy innej marki. Owszem, może iść do kasy i zapytać, a w razie gdyby towar był dla niego za drogi, odnieść z powrotem na półkę. Ale wyobrażacie sobie, jakie wtedy mielibyśmy zatory w kasach?

Takie właśnie mamy dziś w działach HR. Firmy publikują w internecie ogłoszenia o pracę. Dostają dziesiątki, a czasem setki CV. Część z nich odrzucają od razu. Część kandydatów zapraszają na rozmowę. Czasem nawet na dwie. A kiedy na kolejnym już etapie rekrutacji okazuje się, że pracownik ma zbyt wysokie oczekiwania finansowe, obie strony tracą jedynie czas.

Szanujmy się wzajemnie! Czy to nie byłoby uczciwe od początku mówić jasno, co się oferuje, a nie tylko, czego się oczekuje od przyszłego pracownika?

Brak informacji o wynagrodzeniu? Kara!

Taki pomysł mieli już kilka miesięcy temu posłowie z klubu PO-KO jeszcze w Sejmie poprzedniej kadencji. Już w nowej kadencji projekt ustawy trafił na listę legislacyjną i został skierowany do konsultacji.

Nowe przepisy wymagałyby od pracodawców podawania już w ogłoszeniu proponowanego wynagrodzenia brutto. Jeśli realna pensja byłaby niższa, a więc ogłoszenie byłoby blefem, pracodawca naraziłby się na kary finansowe od 1 do 30 tys. zł.

Czasem wynagrodzenie jest zależne od indywidualnych kwalifikacji i doświadczenia pracownika. Bardzo proszę, wtedy można również podać choćby widełki wynagrodzenia zamiast sztywną kwotę. Wówczas musiałaby się w ogłoszeniu znaleźć jasna deklaracja, że wynagrodzenie podlega negocjacji. 

Takie zasady gry wydają się dużo bardziej przejrzyste i uczciwe. I każdej ze stron oszczędzają czas, a więc i pieniądze.

Ale pracodawcy mogą się obawiać, że ujawnienie wysokości proponowanych zarobków może być dla nich szkodliwe.

Po pierwsze, konkurencja dowie się, za ile może podkupić pracowników. To może trzeba się postarać, żeby pracownicy nie mieli powodu odchodzić? Cóż, zasady wolnego rynku.

Po drugie, „starzy” pracownicy, którzy od 10 lat nie widzieli podwyżki, mogą dowiedzieć się, że „młodziaki” bez doświadczenia dostają więcej niż oni. I może powinni? To trochę przypomina legendarną już sytuację, w której oferta na abonament u operatora sieci komórkowej dla „nowych” jest znacznie korzystniejsza niż dla stałych, lojalnych od lat klientów. Zdaje się, że wszystkich to oburzało.