Koniec nauki zdalnej. Rodzice się zbuntowali i coraz więcej starszych dzieci wraca do szkół

Myślicie, że tylko przedsiębiorcy wypowiadają posłuszeństwo rządowi? Błąd! Ta fala jest już nie do zatrzymania. Młodzież beztrosko tańczy w dyskotekach, a rodzice wysyłają dzieci do szkół. Że niby szkoły są zamknięte? Akurat!

To zatrważające i szokujące dane

– przyznała Olga Semeniuk, wiceminister w resorcie rozwoju.

Wiceszefowa Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii zareagowała w ten sposób na dane Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, według których po 18 stycznia działalność wznowiło 20 tys. lokali. W ministerstwie sądzili, że chodzi zaledwie o 70-80.

W tym tygodniu podobnie zszokowany może być minister edukacji i nauki, kiedy dowie się, ilu uczniów ze starszych klas uczy się normalnie w szkołach. Gdyby komuś umknęło, przypominam, że oficjalnie szkoły są zamknięte dla dzieci powyżej trzeciej klasy. Oficjalnie.

Rodzice mają dość nauki zdalnej swoich dzieci i znaleźli sposób na zmuszenie dyrektorów szkół, by zaczęli znowu stacjonarnie prowadzić lekcje, mimo że rząd tego zakazuje.

Bizblog.pl poleca

Ministerstwo Edukacji i Nauki samo strzeliło sobie w stopę

Dla uczniów, którzy ze względu na niepełnosprawność lub np. warunki domowe nie będą mogli uczyć się zdalnie w domu, dyrektor szkoły będzie zobowiązany zorganizować nauczanie stacjonarne lub zdalne w szkole (z wykorzystaniem komputerów i niezbędnego sprzętu znajdującego się w szkole)

– czytam w rozporządzeniu dotyczącym przedłużenia nauki zdalnej.

Ten przepis otwiera rodzinom furtkę do tego, by posłać dzieci do szkoły – również te starsze, które obecnie mają obowiązek uczyć się w ramach nauczania zdalnego. I co ważne, nie jest to martwy przepis. Jak pisze Wirtualna Polska, niektóre szkoły w kraju zostały już zmuszone przez rodziców, by działać stacjonarnie jak kiedyś.

Wieś Krempachy. Tamtejsza szkoła podstawowa już w ubiegłym tygodniu przeszła na stacjonarny tryb nauczania. Dlaczego? Bo rodzice zaczęli masowo składać oświadczenia, że ich dzieci nie mają w domu warunków do zdalnego nauczania. Najczęściej rodzice wpisują brak lub uszkodzenie łącza internetowego.

Nie, w okolicy nie doszło do żadnej awarii internetu. Rodzice mają po prostu dość zdalnego nauczania i patrzenia, jak pogarsza się stan psychiczny ich dzieci z powodu izolacji od rówieśników. Nie mówiąc już o pogarszających się szansach na ich solidną edukację.

Jak pisze serwis WP Kobieta, rodzice zmawiają się w internecie, by połączyć siły, masowo składać oświadczenia, że ich dzieci nie mają możliwości nauki zdalnej i wymusić na szkole uruchomienie nauki stacjonarnej. 

Tak było również w przypadku szkoły podstawowej we wsi Dębno. Tam już 90 proc. rodziców szóstoklasistów złożyło stosowne oświadczenia. A dyrektor zapowiada, że lada chwila będzie zmuszony wprowadzić rotacyjny system nauki, bo nie jest w stanie zapewnić wszystkim nauki stacjonarnej przy jednoczesnym utrzymaniu reżimu sanitarnego. Po prostu każdego dnia inna klasa będzie mogła przyjść na lekcje do szkoły. To rozwiąże częściowo psychiczny problem dzieci, bo choć raz w tygodniu spotkają rówieśników.

Ale czy rozwiąże problem rodziców, którzy nie są w stanie normalnie pracować, bo dziewięciolatka samego w domu zostawić na kilka godzin nie można, a zasiłek opiekuńczy już im nie przysługuje, bo prawo do niego mają dzieci do ósmego roku życia? Nie bardzo.

Tylko że dyskusja na temat podniesienia granicy wieku dla zasiłku opiekuńczego raczej się nie wydarzy, to nie wchodzi w grę, więc w szkołach zaraz zacznie się robić ciasno, niezależnie, czy rząd je otworzy, czy nie.

Resort edukacji nie zamierza sprawdzać rodziców

Ciekawe, że Ministerstwo Edukacji i Nauki zapytane przez WP Kobieta o te fałszywe oświadczenia tłumaczy, że nie jest właściwym organem do ich weryfikacji.

Naprawdę? Nie, żebym domagała się, żeby tych rodziców pozamykać w więzieniach za oszustwa. Ale kogo ma obchodzić, że szkoły otwierają się mimo zakazu ministra edukacji? Czyżby był za bardzo zajęty wertowaniem papieskich encyklik, przygotowując podstawę programową do nauczania seksualnego?

Ministerstwo ewidentnie udaje, że nie widzi, co się dzieje. A może naprawdę nie widzi? Resort zapowiedział, że poprosi kuratoria o wsparcie w zdiagnozowaniu sytuacji i jeszcze w tym tygodniu pozna aktualne dane, ilu uczniów ze starszych klas wróciło do szkół.

Obstawiam, że te dane pokaże publicznie dopiero wtedy, gdy podejmie decyzję, że w ramach rozluźniania lockdownu wszystkie dzieci wracają do szkół. Inaczej zachęci jeszcze więcej rodziców do nieposłuszeństwa.

A bunt rodziców i tak się rozlewa. Na Facebooku aktywnie działa grupa pod nazwą „Strajk Rodziców i Nauczycieli”, która walczy po przywrócenie nauki stacjonarnej, podsuwając m.n. wzór wniosków o zorganizowanie nauki stacjonarnej dla starszych dzieci.

Tylko smutno patrzeć, że oprócz tej walki prowadzą jeszcze inną:

Pojawia się coraz więcej wątpliwości w sprawie szczepionek na koronawirusa.https://www.facebook.com/1971966879776579/posts/2500033576969904/?d=n

Posted by Strajk Rodziców i Nauczycieli on Tuesday, January 19, 2021

A to wszystko okraszone dodatkowo kilkoma żarcikami:

„Jak bilans otwarcia w waszych szkołach? Trup ściele się gęsto?”

„No moja córa mówi, że zbierają trupy łopatami do śniegu, ale ona się jeszcze trzyma.”

Paweł Tanajno na pewno pęka z dumy. Tyle, że ignorowanie pandemii to nie najlepszy argument, by przekonać rząd do czegokolwiek.

PAN potwierdza, że rodzice mają rację

Czy ktoś w tym kraju jeszcze się przejmuje oficjalnymi zakazami? Wiosną ubiegłego roku byliśmy tak zagubieni, nie rozumiejąc, co się dzieje, że niezależnie od politycznych sympatii słuchaliśmy potulnie nakazów premiera. Dziś jest dokładnie odwrotnie, już nikt mu nie ufa i wszyscy robią, co uważają za słuszne.

No i idą do sądu. To zresztą jedna z umiejętności, w jakie wyposażyła Polaków pandemia.

Jeśli ktoś przegapił, rodzice wespół z nauczycielami już pod koniec listopada ubiegłego roku (a więc zanim to stało się modne) w ramach Ogólnopolskiego Strajku „Dzieci do szkół” złożyli zawiadomienie do prokuratury wymierzone przeciwko premierowi Mateuszowi Morawieckiemu i ministrom edukacji Dariuszowi Piontkowskiemu i Przemysławowi Czarnkowi, bo ich zdaniem zamknięcie szkół zadziałało na szkodę interesu publicznego na wielką skalę – doprowadziło do ograniczenia lub pozbawienia ok. 4,6 mln uczniów edukacji, opieki i wychowania.

Co ciekawe, w pewnym sensie potwierdził to właśnie zespół Polskiej Akademii Nauk ds. COVID-19, który na początku tygodnia opublikował stanowisko, w którym uznał, że zamykanie szkół wcale nie powinno być pierwszym środkiem zaradczym przy wzroście zachorowań, bowiem psychologiczne i edukacyjne skutki takich działań mogą być u dzieci bardzo poważne.