Jesteśmy o krok od katastrofy. Gospodarkę szlag trafi, a świat, który znamy, upadnie

I niby ta przepowiednia upadku ludzkości jest stara z 1972 r. Ale po pierwsze, jej autorem nie jest żaden szarlatan, a jedna z najlepszych uczelni na świecie – Massachusetts Institute of Technology. A po drugie, właśnie potwierdziła ją analityczna z jednej z największych firm doradczych na świecie – KPMG. To po prostu nie jest możliwe, żeby gospodarka rosła w nieskończoność. W końcu musi się załamać. I mamy tylko dekadę na to, żeby wymyślić, jak żyć inaczej.

Właściwie to ta dyskusja przetoczyła się w Polsce i na świecie już ponad rok temu. Kiedy wybuchła pandemia, lewacy, mówili: „w końcu może zmądrzejemy, przestaniemy konsumować, zaczniemy dbać o środowisko i przestaniemy afirmować PKB jako jedyną i najlepszą miarę rozwoju”.

Wielu przytakiwało, bo naczytało się w internetach, jak to świat śmiercionośnym wirusem odgryza się na nas za to, że tak go niszczymy. Dziś mało kto o tych dyskusjach już pamięta. W końcu już po pandemii, prawda?

Ale wirus, nie wirus, ludzkość ewidentnie jest na ścieżce, która prowadzi do wyniszczenia. I świadomość tego mieli już w 1972 r. naukowcy legendarnego MIT, którzy twierdzili, że nastawiona na nieustanny wzrost ekonomia musi w końcu doprowadzić do załamania gospodarki, rozpadu społeczeństw, a na koniec do upadku ludzkości.

Ich symulacje pokazywały, że dotychczasowy model rozwoju gospodarki może działać najwyżej do 2040 r., jeśli nie zacznie brać pod uwagę kosztów środowiskowych i społecznych. Potem nastąpi krach. To oznacza, że zostało nam jeszcze tylko 10 lat.

Tak, 2040 rok, to granica życia, jakie znamy

Łatwo było im wtedy powiedzieć, prawda? 2040 r. prawdopodobnie to była dla nich przyszłość, której nie dożyją, a więc tylko symulacje. Może nie muszą być w związku tym wcale wiarygodne?

Otóż są. Właśnie wzięła je ponownie na warsztat Gaya Herrington, kierowniczka ds. zrównoważonego rozwoju i analizy systemów dynamicznych w KPMG w USA. I co? Przecież jednak świat coś tam próbuje ograniczać emisję CO2, jakoś tam udaje, że bierze pod uwagę koszty społeczne działań gospodarczych.

A figa! Z najnowszych analiz Herrington wynika, że rzeczywiście globalna cywilizacja zmierza w kierunku ostatecznego spadku wzrostu gospodarczego i to właśnie w najbliższej dekadzie. To optymistyczna wersja.

Pesymistyczna jest taka, że do ok. 2040 r. społeczeństwa będą upadać.

To nie będzie koniec świata, ale koniec starej cywilizacji – owszem

Biorąc pod uwagę nieatrakcyjną perspektywę upadku, byłam ciekawa, które scenariusze najbardziej pasują do dzisiejszych danych empirycznych. W końcu książka przedstawiająca ten światowy model była bestsellerem w latach 70., a do tej pory mieliśmy już kilkadziesiąt lat danych empirycznych. Ale ku mojemu zdziwieniu nie mogłam znaleźć takich aktualnych analiz. Postanowiłam więc zrobić to sama

– mówi Herrington.

O jakie dane empiryczne chodzi? Populację, współczynniki płodności, współczynniki śmiertelności, produkcji przemysłowej, produkcji żywności, usług, zasobów nieodnawialnych, trwałego zanieczyszczenia, dobrostanu ludzi i śladu ekologicznego.

Wyszło jej z grubsza to samo, co badaczom w latach 70. Z jedną różnicą. Gaya Herrington nie wieszczy końca ludzkości. Wieszczy koniec wzrostu gospodarczego i przemysłowego, potem jego załamanie, a w konsekwencji problemy z produkcją żywności i poważne obniżenie standardów życia. Mało?

To oczywiście jeszcze nie koniec świata. Ale żeby tego uniknąć, kraje muszą poważnie inwestować w usługi publiczne i postęp technologiczny, co ostatecznie musi doprowadzić do stworzenia de facto nowej cywilizacji. Nic nie będzie już takie samo, albo nas nie będzie. No i mamy na to 10 lat, mówiłam już?

No to chyba czas przestać rozpaczać, że na wakacje za chwilę nie będziemy latać tanimi liniami na drugi koniec Europy albo świata, bo mało kogo będzie na to stać, tylko raczej przesiądziemy się na pociąg i to najlepiej w góry lub na Mazury. I nie, Ci, którzy w Brukseli chcą nas to tego zmusić, to nie są ekoterroryści, sorry.