Podatek katastralny nie ma sensu. Tanie mieszkania załatwimy sobie, zabierając nieruchomości Kościołowi

Czy podwyższanie opłat za posiadanie mieszkań to dobry sposób na obniżkę cen nieruchomości? A może po prostu zabierzmy ziemie i budynki tym, którzy ich nie potrzebują? Zamiast rozkułaczać bogatych zyskamy naprawdę potężne areały, które będzie można przeznaczyć na budowę tanich lokali. Takich w zasięgu finansowym zwykłego Kowalskiego. (fot. Tymon Grabowski)

Jak pewnie kojarzycie z wcześniejszych tekstów, Agata forsuje pomysł wprowadzenia podatku katastralnego w odpowiedzi na rosnące ceny mieszkań. Taka danina na pewno doprowadziłaby do przecen na rynku, bo inwestorzy posiadający po kilka/kilkanaście lokali na wynajem w pośpiechu zaczęliby wyprzedawać lokale.

Nowi machnęliby ręką na zakupy, bo rentowność wynajmu spadłaby na twarz. Oszczędności można przecież wrzucić w bardziej perspektywiczne aktywa jak surowce, alkohole albo sztukę nowoczesną. Rynek nieruchomości uwalnia się spod dyktatury osób, które w mieszkaniach widzą pieniądze, zamiast miejsca, w którym można zamieszkać. To byłoby wspaniałe.

Sęk w tym, że takie rozwiązanie, choć proste, ma sporo wad. Głównie takich, które wyjdą w praktyce i są związane głównie z jakością naszej klasy politycznej. Obstawiam, że kataster uderzyłby w przedsiębiorców w niezbyt uczciwy sposób. Reguły gry powinny być znane na wiele lat do przodu.  Znając polski rząd, o wprowadzeniu katastru dowiedzielibyśmy się w czwartek wieczorem przed jednym z długich weekendów. Z vacatio legis długości dwóch tygodni. Ciarki przechodzą na samą myśl.

Dlatego myślę, że warto poszukać alternatywy. Chyba nawet taką znalazłem. Po prostu weźmy ziemię i budynki od tych, którzy już ich nie potrzebują. A przynajmniej nie w takiej skali jak do niedawna. Mam tu na myśli dwie grupy – Kościół katolicki i właścicieli nieruchomości komercyjnych.

Czesi walczą z cenami mieszkań

Wbrew pozorom nie jest to mój wymysł. W czeskiej Pradze, która bije rekordy pod względem tempa wzrostów cen mieszkań, radni przyjęli uchwałę, umożliwiającą przekształcanie biur w lokale mieszkalne. „New York Times” twierdzi, że z podobnym zamiarem noszą się władze Londynu. Po wyjściu z Unii Europejskiej po City hula wiatr. Plany mówią o przebudowaniu biur na cele mieszkalne 1500 lokali do 2030 r. Reszta Wielkiej Brytanii prowadzi taką politykę od 2013 r. Na mieszkania przerobiono w tym czasie tysiące byłych biurowców.

Bizblog.pl poleca

Na nowojorskim Manhattanie gubernator Andrew Cuomo zaoferował nawet deweloperom zachęty podatkowe, by ci zagwarantowali miastu, że część przekształconych biur sprzedadzą nabywcom po taniości. To ostatnie rozwiązanie wydaje mi się zresztą optymalne. Nie chodzi przecież o to, by open office zamieniły się w wypasione apartamenty dla bogaczy. Jak ten:

Tylko o to, żeby wzrost podaży mieszkań na rynku unormował nieco konsumencki pęd, nadymając bańkę na rynku. Byłoby to o tyle trudne, że biurowce nie są przecież na ogół zlokalizowane na obrzeżach miast. To raczej okolice ścisłego centrum, zazwyczaj świetnie skomunikowane z resztą metropolii. Poza nakłonieniem deweloperów do udostępnienia tanich mieszkań, miasta musiałby też zadbać o egzekucję przepisów, tak by nikomu nie przyszło do głowy przerabianie pokoi biurowych na ekskluzywne mikroapartamenty.

Biura idą do lamusa

Zanim zaczniecie narzekać na los biednych firm, warto zajrzeć w statystyki. Wynika z nich, że przedsiębiorstwa ogromnych open space’ów już nie potrzebują. Inwestycje, które rozpoczęły się przed pandemią trwają, ale z rozpoczynaniem nowych nikt się nie kwapi. Czemu? Bo w takiej Warszawie już teraz wskaźnik pustostanów sięga 10 proc. W raporcie Deloitte czytamy, że projekty oddawane na początku 2021 r. lub planowane do uruchomienia w 2021 roku mają wskaźnik powierzchni niewynajętych przekraczający 40 proc.

Ze wspomnianego raportu wynika zresztą, że firmy kombinują jeszcze na etapie budowy. Na Służewcu Przemysłowym architekci usiedli przy stole, zastanawiając się, co można wykrzesać z niepotrzebnego budynku biurowego.

Kiedy okazało się, że brakuje najemców, zespół z pracowni JEMS Architekci przeprojektował obiekt na hotel. Urząd sprawnie przeprowadził całą procedurę, by inwestycja nie zamarła jako „szkieleton”

– pisze Marlena Happach, główny architekt Warszawy

Eksperci Deloitte uważają, że współczynnik pustostanów może dalej rosnąć. Deweloperzy mogą i robią to przestać budować nowe obiekty, ale ze starymi muszą coś zrobić. Co stoi więc na przeszkodzie w przebudowaniu ich na cele mieszkalne? Tylko w stolicy i tylko od początku lockdownu na rynek trafiło około 480 tys. mkw. Szkoda byłoby zmarnować sporą część tej przestrzeni w mieście, które jak magnes przyciąga tysiące studentów i pracowników.

Jeszcze bardziej łakomym kąskiem są kościoły

Zanim zapałacie świętym oburzeniem, policzmy sobie, w jakiej części są one rzeczywiście wykorzystywane. Laicyzacja Polski postępuje w zatrważającym tempie. Wyraźnie widać to w Annuarium Statisticum Ecclesiae in Polonia, czyli roczniku statystycznym Kościoła Katolickiego w Polsce.

Źródło: Annuarium Statisticum Ecclesiae in Polonia

W 2018 r. na msze chodził tylko co trzeci wierny. Średnią napompowały statystyki z południa kraju, ale w niektórych północno-zachodnich parafiach wskaźnik spada poniżej 15 proc. Z sondaży wynika, że będzie tylko gorzej. Bo choć Polacy niekoniecznie odchodzą od wiary, to tracą więź z duchownymi. Ponad 50 proc. młodych Polaków uważa że Kościół chce ukręcić łeb aferom pedofilskim, a wśród listy grzechów pada też bogactwo księży.

Ile można na tym ugrać? Swego czasu karierę w sieci robiła taka grafika przygotowana przez serwis colaska.pl

źr: colaska.pl

Jasne, dziesiątki tysięcy tych obiektów to zabytki. Ale nawet po ich wyłączeniu. trochę aktywnych kościołów w Polsce mamy. W przypadku katolików – ponad 10 tys. budynków. Jak widać powyżej, niektóre z nich nadają się raczej do zamiany w kapliczki dla garstki wiernych.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zajrzymy w kościelne grunty. Trzy lata temu „Polityka” oszacowała ich powierzchnię na 160 tys. hektarów. To mniej więcej tyle, ile dwie Warszawy i dwa Krakowy razem wzięte. Co więcej, włości kościelne rosną, bo jeszcze w 2014 r. serwis „Rynek Pierwotny” szacował ich wielkość na niecałe 140 tys. hektarów.

Na Zachodzie, na którym mieszkańcy etap laicyzacji mają za sobą, prace w kościołach aż furczą. Świątynie kupują czasem milionerzy i zamieniają je w domy, ale nie jest to standard. Tu przykład kościoła dzielonego na lofty:

Sęk w tym, że Kościół katolicki raczej nie odda swoich nieruchomości za darmo. Choć z pragmatycznego punktu widzenia miałby w tym interes, bo zamiast biadolić nad spadającymi wpływami z tac, pozbyłby się sporego obciążenia finansowego.

W umowie mógłby natomiast zastrzec, że określony procent lokali zostanie sprzedany po kosztach, osobom o określonej sytuacji materialnej. Koniec z opłatami za prąd i ogrzewanie, a w dodatku księża wychodzą na filantropów.

Państwo mogłoby pomóc episkopatowi, likwidując Fundusz Kościelny, który miał być przecież rekompensatą za utracone w czasach PRL-u dobra, a skończył jako forma finansowania ludzi Kościoła z budżetu.

Zanim jednak zaczniemy przerabiać biurowce i kościoły w lokale mieszkaniowe trzeba zadbać, by nie trafiły one w ręce flipperów i funduszy inwestycyjnych. Z tym powinien być akurat najmniejszy problem. Ministerstwo Rozwoju i Technologii już rozważa wprowadzenie limitów na zakup mieszkań. Ceny lokali topniałby w oczach nawet pomimo rekordowych marż deweloperskich.