Zastanawiam się, kim jest Jarosław Gowin. Dobrym wujkiem? Koniem trojańskim? Panem chaosu i zniszczenia?

Czy wicepremier Gowin chciałby zmienić pracę? A może jest koniem trojańskim tudzież podstawionym przez środowiska lobbingowe? A może działa na rzecz rządu Czech albo Słowacji? A może to po prostu kryptoekolog? Co się wydarzyło ws. narciarzy i dlaczego znów trudno będzie wierzyć kolejnym decyzjom rządu?

Niby rządzący w końcu postanowił zdradzić, jaki ma plan – nie na tydzień, nie na dwa, ale taki trochę bardziej długoterminowy – i ogłosił „100 dni solidarności”, czyli kompleksowy plan działania, jak dotrwać do czasu, aż uratuje nas szczepionka. Żeby Polacy wiedzieli, co ich czeka, żeby skończyć z chaosem.

Ten wiekopomny dzień nastąpił w ostatnią sobotę. Tego samego dnia narciarze wpadli w rozpacz, bo okazało się, że tej zimy nie pojeżdżą – stoki i wyciągi narciarskie w tym roku się nie otworzą – zdecydował rząd. Minęły zaledwie dwa dni z tych 100, a wicepremier Gowin już ogłosił, że zmienia plan i postanowił przybić piątkę z branżą narciarską, walcząc o to, by jednak się uruchomiła. W poniedziałek zaczął rozmowy, we wtorek rano ogłosił, że jest sukces! Został wypracowany protokół sanitarny i branża narciarska jednak ruszy.

Kupujcie akcje producentów namiotów

Narciarze otarli łzy, a na twarzach pojawił się uśmiech. Ale tylko na chwilę. No bo… zaraz zaraz, co z tego, że wyciągi narciarskie będą działać, skoro taki narciarz nie będzie miał gdzie przenocować ani zjeść. Czy ktoś w resorcie premiera Gowina pomyślał o tym, że bez otwarcia hoteli, pensjonatów i restauracji branża narciarska nie ruszy?

I zaraz uśmiech z twarzy narciarza, który ledwo osuszył łzy, zniknął, a Twitter zaczął drwić, że trzeba kupować szybko akcje firm produkujących namioty.

Ewentualnie szydera, że zyskają Słowacy i Czesi, bo mieszkać i jeść będziemy u nich, a jeździć u siebie. Trzeba by być jednak wysokiej klasy patriotą, żeby mieć pod nosem świetną narciarską infrastrukturę, a jednak wracać na ślizgi do Polski.

Jednak bardziej prawdopodobny scenariusz wygląda tak, że nagle tysiące Polaków wybiorą się w podróż służbową w góry. Dzieci w takiej podróżny są konieczne – wiadomo, jak już trochę podrośnięte, mogą pracować jako asystenci. Żona? Żona zapewnia komfort pracy daleko od domu. To żadna nowość. Bogate zagraniczne korporacje od lat stosują taki model, że pracownikom w długiej delegacji przysyłają rodziny na weekend na swój koszt, by pracownik był szczęśliwy, a więc i bardziej efektywny. 

Bizblog.pl poleca

Hotel nawet nie będzie pytał. Dziś procedura wygląda tak, że w recepcji wypełnia się jedynie oświadczenie, że gość przyjechał służbowo. Nikt tego nie weryfikuje.

Jest jeszcze patent na kuzynkę. Przyjeżdża taka rodzina do małego pensjonatu, a jakby ktoś pytał, to trzeba mówić, że przyjechało się w odwiedziny do dawno nie widzianej kuzynki. I tak interes się kręci i narciarz nie musi jednak nocować pod namiotem, bo mogłoby być jednak trochę za zimno.

A rząd będzie udawał, że tego nie widzi i wszyscy będą zadowoleni. Tylko obywatel, który na nartach nie jeździ może sobie pomyśleć, że ktoś go tu robi w konia, że rząd tu jednak trochę oszukuje. Siebie i nas.

Jarosław Gowin wielkim ekologiem był

A jak nie? Jeśli władza powie „stop” i w trosce o nierozprzestrzenianie się pandemii pozwoli szusować po stokach tylko lokalom, którzy mogą spać i jeść we własnych domach i nie potrzebują odwiedzać dawno niewidzianych kuzynek?

Wtedy to branża narciarska poczuje się zrobiona w konia. Dzienny koszt sztucznego naśnieżania trasy narciarskiej o długości 700 metrów to 20 tys. zł. Duże pieniądze, które właściciele stoków już wydają. Żeby się zwróciły, potrzeba znacznie więcej narciarzy niż tylko ci mieszkający nieopodal.

Bankructwo w takiej sytuacji murowane. Ale może to jest jakiś szczwany plan? Może wicepremier Gowin wielkim ekologiem jest? Może to ma nauczyć branżę, żeby nie naśnieżała sztucznie stoków, bo to drenuje wody gruntowe i szkodzi środowisku?

Zakazać sztucznego naśnieżania by się nie dało, bo od razu podniosłoby się larum, a tak przedsiębiorcy sami padną i po problemie. 

Koń trojański w rządzie?

Tak czy inaczej historia o tym, jak to wicepremier Gowin ratuje branżę narciarską, to jakaś szopka, która zapewne doprowadzi przede wszystkim do tego, że jeszcze więcej Polaków straci zaufanie do tego rządu. Za te gwałtowne, nielogiczne decyzje.

Skoro mowa o zaufaniu… Wiceminister rozwoju Andrzej Gut-Mostowy ma 51 proc. udziałów w stacji narciarskiej Witów-Ski niedaleko Zakopanego oraz jest udziałowcem spółki Sabała, do której należy duży hotel na Krupówkach. Przypadek, że jednak branża narciarska wywalczyła swoje? Dodam tylko, że wiceminister osobiście uczestniczył w poniedziałkowych rozmowach z branżą, którą sam reprezentuje.

Trochę to wygląda, jakby rząd miał w szeregach konia trojańskiego. I nawet nie chodzi o konflikt interesów wiceministra Guta-Mostowego. Tym koniem jest raczej Jarosław Gowin.

Wiadomo – rząd jest po jednej stronie barykady, przedsiębiorcy po drugiej. Ale wicepremier Gowin ewidentnie jest z przedsiębiorcami. Czy to źle? Może i nie, ale najpierw powinien rozmawiać z kolegami w rządzie, ustalić wspólny plan, a dopiero potem działać. Rząd jednak powinien tworzyć jeden front. Tymczasem Jarosław Gowin sprawa wrażenie, jakby się chciał zamienić na stołki z Adamem Abramowiczem, rzecznikiem przedsiębiorców, i z rządem się publicznie spierać. 

A może Gowin to nie koń trojański tylko po prostu dobry wujek? Teraz narciarze, chwilę wcześniej sklepy meblowe, które zostały niespodziewanie zamknięte przez rząd, a wicepremier Gowin od razu pobiegł im na ratunek, wbrew decyzji premiera.

Czy wicepremier w ogóle rozmawia z szefem rządu i ministrem zdrowia? Bo trochę to wygląda, jakby działał na własną rękę, który w dodatku psuje show reszcie rządu. Swoją drogą wyobrażam sobie, że ministra zdrowia musi już krew zalewać.

Każdy sobie rzepkę skrobie

Choć… z drugiej strony sam minister zdrowia też ma swoje na koncie. Spójrzmy chociażby na restrykcje, jakie rząd ustalił w sprawie Wigilii. Rzecznik rządu Piotr Müller twierdzi, że święta będzie mogło spędzić razem grono składające się z domowników + maksymalnie pięciu gości z zewnątrz. Tymczasem minister zdrowia swoje: albo tylko domownicy, których przecież może być więcej niż pięcioro, albo w sumie pięć osób, czyli czteroosobowa rodzina +1 gość. To spora różnica.

Panowie, zacznijcie ze sobą w końcu rozmawiać! Może tzw. „przekaz dnia” powinien być ustalany nie tylko w sprawach politycznych, ale gospodarczych też? To znacznie ułatwiłoby nam wszystkim życie.