Cholernie mi szkoda pani minister. Mówię szczerze…

Ten temat przewija się od wtorku rano we wszystkich mediach. „Dziennik Gazeta Prawna” napisał, że minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz (na zdjęciu) zaproponowała kolegom w rządzie, żeby wprowadzić zasadę, by w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy prowadzenia działalności gospodarczej, początkujący przedsiębiorca miał prawo do pomyłki i nie musiał płacić kar za mało istotne uchybienia.

Gdy ministrowie to usłyszeli, wpadli ponoć w furię.

– Jak się mylą, to niech płacą – skwitowali.

To nie pierwszy sabotaż i obstrukcja inicjatywy, z którą wychodzi minister przedsiębiorczości.

Można wręcz odnieść wrażenie, że w przedwyborczym szale do kasowania przedsiębiorców, głos rozsądku płynący z Placu Trzech Krzyży w Warszawie doprowadza do szału urzędników z Nowogrodzkiej, gdzie siedzibę ma resort pracy, oraz ze Świętokrzyskiej, gdzie mieści się Ministerstwo Finansów. Ci pierwsi na potęgę trwonią państwowe pieniądze, rozdając je w ramach 500+ i emerytalnych trzynastek, a ci drudzy muszą na to zarobić, wyciskając kasę z przedsiębiorców.

Inwencja rządzących jest pod tym względem imponująca. Tylko w ostatnim czasie pojawiły się pomysły zrównania umów o dzieło z umowami zlecenie i ich ozusowanie, zniesienie limitu składek na ZUS, przeprowadzenia testu przedsiębiorcy. Skarbówka też wykazała się inicjatywą i przyczepiła się VAT-u na burgery, nakazując firmom zapłacenie wyższej stawki za pięć lat wstecz wraz odsetkami. Taka skarbowa wisienka na torcie.

Sojuszników w rządzie i w szeregach Zjednoczonej Prawicy pani minister nie ma wielu. Jest uważana za człowieka Jarosława Gowina i zawsze może liczyć na jego wsparcie. Tak jak ostatnio.

­– Jeśli, ktoś z przedstawicieli administracji państwowej gada ciągle jeszcze o teście przedsiębiorcy, to najwyższa pora, aby ugryzł się w język – skomentował Jarosław Gowin słowa wiceministra finansów Leszka Skiby w money.pl.

W bataliach o prawa przedsiębiorców wspiera Jadwigę Emilewicz Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, o którym ostatnio zrobiło się głośno, gdy zaproponował, by zwolnić mikroprzedsiębiorców z obowiązku opłacania ZUS. Pomysł spodobał się szefowej resortu przedsiębiorczości, ale raczej nie przypadł do gustu minister finansów Teresie Czerwińskiej i Elżbiecie Rafalskiej, mister pracy.

Jeśli ktoś się łudził, że argumenty Abramowicza i Emilewicz, że zwolnienie z ZUS małych firm to tak naprawdę inwestycja w rozwój Polski, trafią w rządzie Mateusza Morawieckiego na podatny grunt, to się pomylił. W roku wyborczym nie trzeba nam inwestycji, tylko pieniędzy na zrealizowanie obietnic wyborczych. Dlatego właśnie przedsiębiorca musi płacić i ZUS, i kary.  

A jeśli już mowa o karach…

W pędzie do wyciskania z Polaków pieniędzy obecnie i wcześniej rządzący jak ognia unikają i unikali możliwości obciążenia odpowiedzialnością majątkową urzędników, którzy swoimi decyzjami narazili na szwank obywateli.

Ustawa o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie przepisów weszła w życie 17 maja 2011 r. W ocenie ekspertów jest to jednak martwe prawo, bo sprawy, w których doszło do skazania urzędników za błędne decyzje, można policzyć na palcach jednej ręki. Problem polega bowiem na tym, że przepisy są tak zawiłe i nieżyciowe, że trudno je zastosować w praktyce.

Efekt? Indagowane w swoim czasie przez dziennikarzy izby skarbowe w kraju o to, by ujawniły, czy ich urzędnicy byli pociągani do odpowiedzialności na mocy ustawy o odpowiedzialności majątkowej, przyznały, że nigdy nic takiego nie nastąpiło!

Bo przecież urzędnicy skarbowi są nieomylni!

Ba, dopiero trzy lata temu, a więc pięć lat od wejścia w życie przepisów, Polskę obiegła informacja, że na pracownika magistratu w Ostródzie nałożono karę w wysokości 45 tys. zł za podjęcie decyzji niezgodnej z prawem.  Była to jedna z pierwszych tego typu spraw w naszym kraju.

Na wniosek ostródzkiego starostwa procedurę odszkodowawczą wszczęła Prokuratura Okręgowa w Elblągu. Starostwo uznało, że poniosło szkodę na skutek zatwierdzenia przez urzędnika niezgodnego z prawem projektu budowlanego i udzielenia nieważnego pozwolenia na budowę domu jednorodzinnego. Chodzi o to, że błędną decyzję urzędnika unieważnił w postępowaniu odwoławczym wojewoda warmińsko-mazurski, a inwestor musiał przerwać budowę i dokonać rozbiórki. Wytoczył więc powiatowi proces, żądając finansowego zadośćuczynienia. Sąd przyznał mu rację i nakazał powiatowi zapłatę 95 tys. zł wraz z odsetkami.

Prokuratura przeprowadziła postępowanie wyjaśniające i po analizie dokumentów uznała, że naruszenie prawa w tej sprawie było rażące, a winę za to ponosi urzędnik, który wydał decyzję zezwalającą na budowę domu.  Śledczy uznali, że ma zapłacić 45 tys. zł, czyli dwunastokrotność swojego miesięcznego wynagrodzenia, ponieważ działał nieumyślnie. Gdyby wina była umyślna, to prokuratura zażądałaby od niego pełnej kwoty wypłaconej inwestorowi przez starostwo.

Ech, gdyby tylko skarbówka była tak wspaniałomyślna dla podatników, jak podatnicy są wspaniałomyślni w stosunku do niej. Niestety wszystko to kwestia obowiązującego prawa.

Fot. Maciek82301/Wikimedia/CC BY-SA 4.0