Rząd chce znać lokalizację naszych smartfonów. Oby Wielki Brat nie został z nami na stałe

W ramach drugiej tarczy antykryzysowej ministerstwo cyfryzacji wkrótce będzie zbierało od operatorów komórkowych dane o lokalizacji naszych telefonów. Może to i dobrze. Władza trzyma nas w domowym areszcie i obserwuje, bo ze strachu i w ramach walki z koronawirusem jej na to pozwalamy. Takie czasy. Ale uwaga, bo po pandemii może nie chcieć zrezygnować z tej wiedzy o nas, a to może być już niebezpieczne.

W czasie zagrożenia epidemicznego, stanu epidemii lub stanu klęski żywiołowej minister cyfryzacji będzie otrzymywał od operatorów komórkowych dane o lokalizacji naszych telefonów komórkowych w ciągu ostatnich 14 dni – przewiduje projekt nowelizacji tzw. tarczy antykryzysowej, do którego dotarł „Dziennik Gazeta Prawna”. Ciekawe, że resort cyfryzacji będzie otrzymywał dane nie tylko o lokalizacji osób objętych kwarantanną, ale wszystkich Polaków, również tych zdrowych.

Bizblog.pl poleca

Co prawda dane te będą zanonimizowane, więc rząd nie będzie wiedział, że akurat Jan Kowalski 6 kwietnia poszedł na spacer i którędy biegła jego trasa, ale uzyska w ten sposób informacje o tym, jak bardzo społeczeństwo się przemieszcza, czy przestrzega nałożonych ograniczeń i gdzie tworzą się skupiska ludzi.

To, co może być niepokojące, to że projekt zawiera również zapis, że premier będzie mógł zażądać od operatorów danych, które uzna za niezbędne do walki z koronawirusem.

„Szczegółowy zakres danych, sposób i tryb ich przekazywania mogą zostać określone w umowie pomiędzy ministrem właściwym do spraw informatyzacji a operatorem” – mówi nowelizacja. I niestety nie określa precyzyjnie, jakie o dane może prosić premier i nie będzie musiał się tłumaczyć, po co mu one. Oczywiście zebranie informacji, o które poprosi szef rządu, nie będzie wymagało zgody posiadacza telefonu, którego dotyczą. I wygląda na to, że one zanonimizowane nie będą.

Wielki Brat będzie patrzył. Byle nie za długo

Czy trzeba bić na alarm? Może i nie. W czasie epidemii jesteśmy skłonni rezygnować z części prywatności czy swobód obywatelskich na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa i wygranej z koronawirusem.

Rzecz w tym, żebyśmy nie robili tego na oślep i zachowali czujność, czy władza nie posuwa się za daleko – to po pierwsze. A po drugie, powinniśmy jako społeczeństwo pilnować, by władza zdjęła wszelkie ograniczenia i zrezygnowała z czasowego naruszania naszej prywatności i swobody, kiedy już skończy się ta wojna z wirusem. Bo niestety historia pokazuje, że władza rezygnuje z tych praw niechętnie.

„Trzeba bardzo uważać, aby pozornie przejściowe ograniczenia w ruchu ludzi i informacji, towarów i kapitału – także intelektualnego – nie stawały się permanentne” – ostrzega na łamach „Rzeczpospolitej” były premier i minister finansów Grzegorz Kołodko. 

I nie jest jedyny. Niedawno dokładnie przed tym samym ostrzegał na łamach „Financial Times” Yuval Noah Harari, historyk i profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie:

„Wiele krótkoterminowych środków nadzwyczajnych stanie się stałym elementem życia” – pisał Harari.

Czujniki lepsze niż KGB

Profesor Yuval Noah Harari podkreśla, że po raz pierwszy w historii ludzkości, technologia umożliwia monitorowanie wszystkich ludzi przez cały czas. Pięćdziesiąt lat temu KGB nie mogło śledzić 240 milionów obywateli radzieckich 24 godziny na dobę, bo musiałoby mieć 240 milionów agentów. Nawet gdyby, nie dałoby się przetwarzać tak gigantycznej ilości zebranych informacji.

Ale dziś rządy państw mogą polegać na wszechobecnych czujnikach i potężnych algorytmach, które zastępują śledzących nas agentów. I to olbrzymia pokusa.

W Chinach ściśle monitorowano przemieszczanie się ludzi, śledząc ich smartfony. Miliony kamer na ulicach rozpoznawały twarze przechodzących ulicą ludzi – to akurat dzieje się w Chinach bez związku z walką z pandemią. Ale do tego dołożono konieczność monitorowania i zgłaszania temperatury ciała, co w połączeniu z technologiami siedzącymi pozwalało zidentyfikować każdego, z kim kontakt miała osoba zarażona wirusem. W tych niezwykłych czasach środki też muszą być nadzwyczajne. I w obliczu zagrożenia nikt nie obrusza się, że to inwigilacja.

Czasem niestety ktoś się obrusza, ale władza niekoniecznie się tym przejmuje. Premier Izraela niedawno upoważnił izraelską Agencję Bezpieczeństwa do wdrożenia technologii nadzoru dotąd wykorzystywanej do walki z terroryzmem. Tym razem miała śledzić pacjentów z koronawirusem. Podkomisja parlamentarna uznała jednak, że to krok za daleko. Premier nie przejął się i wprowadził technologię w życie „dekretem nadzwyczajnym”. To pokazuje, jak silna jest dziś potrzeba kontroli ludzi ze strony władzy. I po jak autorytarne środki sięga władza, żeby tę potrzebę zrealizować.

Co w tym złego? Może i nic. Może właśnie tak dziś trzeba postępować. Ale wyobraźmy sobie, co by było, gdyby technologie śledzące nas i monitorujące nasze parametry życiowe zostały z nami na dłużej. Załóżmy, że jakiś rząd wymaga od każdego obywatela noszenia bransoletki biometrycznej, która monitoruje temperaturę ciała i tętno 24 godziny na dobę. Dane te są gromadzone i analizowane przez algorytmy rządowe. Dzięki temu władza będzie wiedziała, że jesteśmy chorzy, zanim jeszcze my sami się zorientujemy i natychmiast odciąć łańcuch infekcji.

Ale jednocześnie, dzięki danym biometrycznym w ten sposób zebranym połączonym ze śledzeniem aktywności w smartfonie i linków, w które klikamy czy lubimy, scrollując Facebooka, władza może dowiedzieć się wiele na temat naszych poglądach politycznych. Może dowiedzieć się, co nas denerwuje, a co rozśmiesza.

„Jeśli korporacje i rządy zaczną masowo gromadzić nasze dane biometryczne, mogą nas poznać znacznie lepiej niż my sami, a następnie mogą nie tylko przewidywać nasze uczucia, ale także manipulować nimi i sprzedawać nam wszystko, czego chcą – czy to produkt, czy polityczną ideę. Monitorowanie biometryczne sprawiłoby, że praktyki Cambridge Analytica wyglądałyby jak z epoki kamienia łupanego.” – pisze izraelski historyk.

Stan epidemii można przeciągać w nieskończoność

Tymczasowe środki, które dla naszego zdrowia i dobra społeczeństw sięgają daleko w naszą prywatność, powinny zostać definitywnie odstawione na bok po zakończeniu wojny z pandemią. Ale kiedy ona się skończy?

Można sobie wyobrazić, że rządy państw kuszone dostępem do ogromnej wiedzy o nas długo będą mogły przeciągać ten stan wyjątkowy, tłumacząc, że grozi nam druga fala epidemii, dlatego trzeba monitorować sytuację. Wielu epidemiologów twierdzi też, że wirus zostanie z nami już na zawsze. I na te pokusy władzy powinniśmy uważać, bo takie właśnie tymczasowe środki kontroli społeczeństw mają tendencję do tego, by stawać się permanentnymi. 

Doskonałym przykładem jest ponownie Izrael, który podczas wojny o niepodległość w 1948 r., wprowadził szereg tymczasowych środków, od cenzury prasy i konfiskaty ziemi po specjalne przepisy dotyczące robienia puddingu (!). Tamta wojna o niepodległość dawno się zakończyła, ale Izrael nigdy nie ogłosił, że sytuacja nadzwyczajna się skończyła i do dziś nie udało się znieść wielu „tymczasowych” środków z 1948 r.

20 marca europejska koalicja zrzeszająca podmioty zajmujące się ochroną prywatności (European Digital Rights), zwróciła uwagę, że do walki z koronawirusem rządy wprzęgają działania naruszające wolność słowa, prywatność oraz inne prawa człowieka – pisze forsal.pl. Podmioty zrzeszone w koalicji (w tym polska Fundacja Panoptykon czy Fundacja ePaństwo) apelują, by społeczeństwa nie zezwalały na pozostawienie wdrożonych awaryjnie rozwiązań po tym, jak pandemia przestanie nam zagrażać. Z raz wdrożonych mechanizmów państwa rezygnują niechętnie – potwierdza koalicja.

Bądźmy czujni.