Odpowiednie inwestycje doradzi nam robot. ING chce przekonać Polaków do ucieczki przed inflacją

Wiecie, jak na ceny obligacji wpływają stopy procentowe albo czy historycznie więcej zarabiały małe, czy wielkie spółki? Jeżeli nie jesteście wytrawnymi inwestorami, jest to wam prawdopodobnie całkowicie obce. Brak znajomości mechanizmów rządzących światowymi parkietami odstrasza od inwestowania wiele osób. ING chce to zmienić. Bank proponuje robodoradcę Investo, który powie nam, jakich funduszy inwestycyjnych potrzebujemy w portfelu. Jak to działa? Opowiada nam Daniel Szewieczek, dyrektor odpowiedzialny za oszczędności i inwestycje w ING Banku Śląskim.

Adam Sieńko, Spider’s Web: Oszczędzamy, żeby uciec przed rosnącymi cenami?

Daniel Szewieczek: W oszczędzaniu możemy wyróżnić kilka etapów. Na początku staramy się stworzyć poduszkę finansową. Potem odkładamy pieniądze na konkretny cel. Następnie, gdy uzbiera się nam większa nadwyżka, zastanawiamy się  często nad  inwestowaniem. I tu widoczna jest właśnie potrzeba ucieczki przed inflacją. A, że oprocentowanie depozytów jest niskie…

To szukamy nowych recept. Garniemy się do giełdy?

Nad inwestowaniem zastanawia się dzisiaj blisko połowa osób z przeprowadzonego przez nas badania.

Skąd to się bierze?

Klienci lubią widzieć, jak odsetki dopisują się od ich konta. Gdy są praktycznie zerowe, to przychodzą do doradcy i zaczynają się zastanawiać, co można z tym zrobić.

Druga rzecz to wzrastające zainteresowanie giełdą. Od kwietnia zeszłego roku tempo zakładania rachunków inwestycyjnych wystrzeliło. Kiedyś przez cały rok mieliśmy 8 tys. klientów. Teraz tyle samo osób przyszło do nas w kwietniu 2020 r. Nie mieliśmy żadnej promocji ani kampanii, nie reklamujemy zresztą usług maklerskich.

Skąd ten wzrost?

Usłyszeliśmy komunikat, że w ciągu dwóch tygodni giełda spadła o 30 proc. A wielu inwestorów spodziewało się, że jak wyjdziemy z koronawirusa to perspektywy rozwoju gospodarczego będą świetne i zarobią.

Bizblog.pl poleca

I zarobili?

Ci, którzy w odpowiednim momencie zdecydowali się zainwestować w akcje mieli szansę na zarobek nawet 30 proc w ciągu roku.

Ale jest jeszcze trzecia rzecz – fundusze obligacyjne odnotowują rekordową sprzedaż. Oprocentowanie trzymiesięcznych obligacji jest wyższe niż bankowych depozytów. Poza tym są też obligacje indeksowane inflacją. Dzięki temu można rzeczywiście ochronić realną wartość pieniądza.

Ale gdy pojawiły się oczekiwania inflacyjne i sama inflacja, rentowność obligacji zaczęła rosnąć. Ich cena spadła. Mamy więc kłopot na rynku, bo wycena funduszy tradycyjnie o najniższym poziomie ryzyka – obligacji skarbowych jest niższa. Klienci patrzą na wykres i widzą, że po 3 miesiącach na skarbowych papierach wartościowych można zarobić mniej niż w momencie, gdy je kupowali.

Ktoś, kto wie jak to działa, pamięta, że obligacje mają swój nominał i po tym nominale powinna zostać wykupiona w terminie przez emitenta. Tyle, że przeciętny klient, który wpłacił pieniądze w styczniu teraz widzi, że jest na minusie. I umarza.

Z robodoradcą będzie inaczej?

Chcieliśmy zaoferować coś prostego, zautomatyzowanego i zdywersyfikowanego. Coś, co odcina klienta od dużych wahań. Taki jest pomysł.

Wcześniej badaliście, jak robodoradztwo działa za granicą. Jakieś wnioski?

Bardzo zróżnicowane. Zaczęliśmy od Niemiec, przyjrzeliśmy się porażce w Wielkiej Brytanii i sukcesie w USA. Amerykanie inwestycje opierają na zaufaniu do rynku, giełdy i doradców. Ludzie myślą długoterminowo, odkładają na emeryturę, a ich portfele są bardzo zróżnicowane. Ale jednym z czynników, który przekonał ich do przesiadki na robota był fakt, że te nie mają na swoim koncie żadnych afer.

Roboty nie poddają się emocjom. Są więc lepsze?

I tu mam bardzo ciekawą obserwację. Z naszych badań wynika, że klienci chcą robodoradców, ale z asystą człowieka. Duże projekty roboadvisory są projektami hybrydowymi. Na każdym etapie klient chciałby mieć możliwość dopytania żywego doradcy. W Polsce oferujemy asystę oraz pomoc techniczną. Cała Grupa ING idzie jednak nieco dalej i mówi otwarcie o potrzebie wprowadzenia licencjonowanego doradcy, wspierającego klienta w całym procesie podejmowania decyzji.

I co on nam powie?

Na przykład, że skoro jedna z córek potrzebuje pieniędzy na studia, to może warto skrócić horyzont inwestycyjny, bo 10 lat to zbyt długo. Ale to przyszłość.

Na razie mamy wyspecjalizowaną infolinię?

Infolinia nie jest dedykowana dla Investo. Można zapytać konsultanta o wypełnienie ankiety i o sam proces, ale nie ingerujemy w to, co robot doradził klientowi. Dzisiaj w Investo mamy czystą ścieżkę klienta.

Idźmy po kolei. Investo znajdziemy w aplikacji ING?

Tak, logujemy się do Mojego ING i wybieramy ING Investo. Tam przechodzimy do ankiety inwestycyjnej. Brzmi skomplikowanie, prawda?

Prawda.

Ale wygląda znacznie lepiej. U nas odpowiada się na pytania w formie obrazkowej. Badamy skłonność do ryzyka, horyzont inwestycyjny, pytamy jakie straty klient jest w stanie zaakceptować, jakich zysków się spodziewa i jakie ma doświadczenia w zakresie inwestowania.

Na końcu pojawia się nasz profil inwestora. Możemy zostać zaklasyfikowani jako inwestor niskiego ryzyka, umiarkowanego (czyli mała chmurka i słoneczko w formie obrazkowej), średniego lub wysokiego (pełne słońce). W przypadku tego pierwszego robot zaproponuje nam fundusze dające 90 proc. ekspozycji naszego portfela na obligacje i 10 proc. na akcje. W wysokim te proporcje zmieniają się na 25/75. Investo zbudowaliśmy z naszym partnerem czyli NN Investment Partners TFI i proponujemy w nim fundusze zarządzane właśnie przez NN Investment Partners.

Wpłacamy pieniądze i….

W profil nie możemy ingerować. Jeżeli algorytm uznał, że powinniśmy inwestować zachowawczo, to nie jesteśmy w stanie zmienić jego rekomendacji. Proponuje podział naszych pieniędzy uwzględniając dane z ankiety. Do nas oczywiście należy decyzja, czy z tej rekomendacji skorzystamy, czy nie.

I nic już nie robimy?

Nie. Ale ciekawsze pytanie brzmi: co robi robot? A odpowiedź: dba o to, by stosunek bardziej ryzykownych instrumentów do tych mniej ryzykownych został zachowany w niezmienionej proporcji w całym okresie inwestowania. Załóżmy, że wychodzimy od poziomu 70/30. Po wzrostach na giełdzie wartość akcji wzrośnie, a relacja między obligacjami a akcjami zostanie zaburzona. Robot w ciągu trzech miesięcy przealokuje nasze środki tak, by utrzymać dotychczasowy poziom ryzyka.

A jeśli rynek się załamie?

Automat nie jest w stanie tego przewidzieć. Dlatego nad funduszami (dwoma aktywnymi, a dwoma pasywnymi) czuwają profesjonalni zarządzający.

Jak to działa?

Załóżmy, że rynek miedzi mocno wzrósł. Jeśli fundusz ma aktywa w miedzi, a ona dochodzi do szczytów, to musimy zredukować ekspozycję. Tym wszystkim zajmuje się zarządzający, klient tego nie widzi.

Zarządzający koryguje robota, żeby klient nie musiał?

Raczej – robot pilnuje ryzyka w ramach portfela klienta, składającego się z czterech funduszy. Dobór instrumentów, w jakie inwestuje dany fundusz  – to już są decyzje zarządzającego. Mamy więc niejako podwójną kontrolę.

Dzięki temu klient nie musi trzymać ręki na pulsie.

Dokładnie tak. Wdrożyliśmy Investo w sierpniu. Potem mieliśmy na giełdzie dobrą jesień, ciężką zimę i ładne odbicie na początku roku. Po roku mamy około 10 tys. klientów. Wszyscy są na lekkim plusie. Mnie to do Investo przekonuje.

Ile trzeba wyłożyć na start?

Uznaliśmy że można zacząć od niewielkiej kwoty, nawet od tysiąca złotych. Miałem zresztą sporo problemów by przekonać do tego zarząd. Jak to, doradztwo od tysiąca złotych? A my po prostu chcemy, by było ono dostępne dla każdego.

Mówimy: masz 30 tys. zł oszczędności, to wpłać do Investo 5 tys. Ale uruchom sobie regularne przelewy, np. po 500 zł miesięcznie. Giełda raz spada, a raz zyskuje. Z perspektywy kilku lat takie regularne przelewy są zawsze korzystniejsze niż jednorazowa wpłata. To też forma edukacji w zakresie inwestowania na giełdzie.

Robodoradca może nam zasugerować, żebyśmy się wstrzymali z wypłatą, albo wręcz zamrozić środki?

Pieniądze nie są blokowane i nie będą. Co więcej, niedługo wprowadzimy przy Investo pushe , które będą informować klienta o większych stratach i zyskach. Wcześniej baliśmy się, że będziemy tym straszyć klientów. Ale zapytaliśmy ich o sens takiej informacji i okazało się, że doceniają transparentność.

Jak Polacy generalnie podchodzą do inwestowania ich pieniędzy przez algorytmy?

W ankiecie postawiliśmy przed klientami tezę: „Nowe technologie to tylko wsparcie w procesie inwestowania. To klienci powinni podejmować ostateczną decyzję jak inwestować”.

I ile osób się z tym zgodziło?

W przedziale 18-35 lat twierdząco odpowiedziało 29 proc. W przedziale 36-55 lat podobnie, bo 28 proc. Ale już wśród seniorów powyżej 56 lat dużą kontrolę nad swoimi finansami chciało mieć  55 proc. ankietowanych. Jak widzimy, młodzi ludzie są bardziej otwarci na nowoczesne rozwiązania inwestycyjne.

To dobrze i niedobrze jednocześnie. Aplikacje umożliwiające szybki dostęp do akcji sprowadziły już na ziemię niejednego nowicjusza.

Pamiętajmy, że robodoradca najpierw ocenia, jakie ryzyko jesteśmy w stanie zaakceptować i cały czas pilnuje poziomu ryzyka naszej inwestycji, regularnie ją dostosowując. Wierzymy, że takie rozwiązania będą motywowały ludzi do lokowania pieniędzy w inwestycjach.  

Dla początkującego inwestora to z pewnością prostsze rozwiązanie, niż zastanawianie się, czy Tesla jest już na górce, czy czeka ją kolejny rajd.

Akcje pojedynczych emitentów stanowią niewielką część portfela funduszy uwzględnianych w ramach Investo, dlatego nawet jeśli coś się stanie, to strata nie będzie bardzo widoczna. Nad tym czuwają profesjonalni zarządzający.

* Materiał powstał we współpracy z ING Bank Śląski