Inflacja galopuje najszybciej od 17 lat. Kto za to zapłaci? Lekarze i pielęgniarki

Pracownicy ochrony zdrowia podczas pandemii nie tylko ratują nasze życie, ale również firmy i miejsca pracy. Jak to możliwe? Tarcze antykryzysowe wywołują skok inflacji, a ta najbardziej daje się we znaki osobom zarabiającym niewiele i ze sztywnymi płacami, a więc w budżetówce.

Wzrost cen właśnie wybucha nam w twarz. Ostatnie dane GUS pokazały, że w marcu inflacja wyniosła 3,2 proc. w ujęciu rocznym, podczas gdy jeszcze w lutym wynosiła 2,4 proc. W porównaniu do lutego ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 1 proc.

Bizblog.pl poleca

Jeszcze ciekawiej, że w skali trzech kolejnych miesięcy inflacja wzrosła aż o 2,72 proc. A to tempo najszybsze od niemal 17 lat! I będzie gorzej. Analitycy PKO BP przewidują, że już maju inflacja dobije do 4 proc. r/r.

To naprawdę gwałtowny skok, którego jednak spodziewali się ekonomiści. RPP jednak nic sobie z tego nie robi, a prezes NBP podkreśla, że nie jest to wina dodruku pieniędzy, by ratować gospodarkę.

Ale czy ma rację?

Ciekawą analizę niedawno przeprowadził dr Paweł Bukowski z London School of Economics i Polskiej Akademii Nauk oraz współtwórca grupy eksperckiej „Dobrobyt na pokolenia”, który jest przekonany, że za inflacją stoją właśnie w dużej mierze tarcze antykryzysowe.

Dr Bukowski zastanawiał się, kto właściwie weźmie na swoje barki sfinansowanie obecnej tarczy antykryzysowej i dochodzi do wniosku, że to pracownicy ochrony zdrowia w nieproporcjonalny sposób dorzucą się do finansowania pakietu antykryzysowego.

Pielęgniarki niosą niesprawiedliwy ciężar. Kto jeszcze?

Interwencja fiskalna, z jaką mamy obecnie do czynienia, ma skalę niewidzianą na świecie od Wielkiego Kryzysu w latach 30. ubiegłego wieku. Ona jest konieczna, musimy przecież ratować życie, a więc finansować nadzwyczajne działania w ochronie zdrowia. Musimy też pomagać przetrwać tym, którzy w wyniku epidemii stracili dochody. Musimy wreszcie wspierać firmy, pod warunkiem utrzymania zatrudnienia.

Jest jednak pewna tragedia całej tej sytuacji, ponieważ udana interwencja prawie na pewno doprowadzi do wzrostu inflacji

– mówi dr Paweł Bukowski

W pewnym sensie inflacja pomoże również częściowo sfinansować tę interwencję fiskalną poprzez zmniejszenie zadłużenia państwa. W uproszczeniu: państwo pożycza teraz na rynku od podmiotów prywatnych kwotę x, która w momencie spłaty w ujęciu realnym będzie mniejszą kwotą x-inflacja.

Można zatem interpretować inflację jako podatek, który zapłacimy wszyscy, by sfinansować rządową interwencję fiskalną

– podkreśla dr Bukowski.

Tylko że podatek ten nie wszyscy zapłacimy po równo. Zdaniem dra Bukowskiego najmocniej oberwą dwie grupy.

Po pierwsze są to pracownicy ze sztywnymi płacami, których wynagrodzenie po prostu nie rośnie wraz z inflacją, a są to przede wszystkim osoby pracujące w zawodach nisko wykwalifikowanych, które mają niską pozycję negocjacyjną w rozmowie z pracodawcą oraz pracownicy sektora budżetowego, a więc urzędnicy, nauczyciele i niestety pracownicy ochrony zdrowia, więc ci, którzy obecnie są i tak na pierwszej linii frontu w walce z pandemią.

Na drugim biegunie są osoby, których płace zwykle rosną razem z inflacją, a według dra Bukowskiego są to osoby wysoko wykwalifikowane i osoby pracujące na wyższych stanowiskach w sektorze prywatnym, czyli np. managerowie – oni dorzucą się najmniej do finansowania tarczy antykryzysowej.

Druga grupa osób, które zapłacą nieproporcjonalnie wysoki podatek inflacyjny to ludzie, których majątek stanowią wyłącznie oszczędności na zwykłym koncie bankowym i to niewielkie. To przede wszystkim osoby ubogie i średniozamożne. One tracą, bo ich pieniądze nie pracują i zjada je inflacja.

Na drugim biegunie są osoby zamożne, których majątek stanowią w większości nieruchomości i aktywa finansowe, których wartość rośnie wraz z inflacją. One są ochronione i nie dorzucą się za bardzo do ratowania gospodarki.

Wniosek jest taki, że ratowanie firm i miejsc pracy zostanie sfinansowane podatkiem regresywnym.

Co więc zrobić, żeby odciążyć ludzi, którzy i tak mają dziś ciężko, a szczególnie tych, którzy ratują nasze życie?

Jak przywrócić sprawiedliwość społeczną?

Niestety, z ekonomicznego punktu widzenia nie da się w tym momencie zrobić nic poza zwykłym zwiększeniem płac przede wszystkim pracowników ochrony zdrowia.

Ale to za mało. Wyzwanie to rozwiązanie tego problemu systemowo na przyszłość. Jak więc przywrócić sprawiedliwość społeczną? Dr Bukowski proponuje dwa rozwiązania.

Po pierwsze należy radykalnie dofinansować polską ochronę zdrowia.

Nie może być tak, że pielęgniarka zarabia wielokrotnie mniej niż analityk finansowy czy pracownik korporacji

– uważa dr Bukowski.

I są ku temu bardzo racjonalne, nie tylko emocjonalne argumenty. Wiemy przecież, że pracownicy ochrony zdrowia mają znacznie większy wpływ na gospodarkę i społeczeństwo niż pracownicy korporacji, więc powinno to znaleźć również odzwierciedlenie w płacach.

Po drugie, aby ochronić osoby nisko wykwalifikowane i pracujące w budżetówce za sztywne wynagrodzenia, oraz te z małym majątkiem – a w praktyce często te grupy się pokrywają – należy wprowadzić progresywne, a nawet silnie progresywne podatki i od dochodu i majątku. Inaczej te najsłabsze grupy są atakowane przez inflację z dwóch stron.

Cały szkopuł polega na tym, że mnie powinniśmy tego robić teraz. Dlaczego? Bo silna progresywność oznacza konieczność obniżenia podatków dla najbiedniejszych, ale też jednoczesne podniesienie podatków dla najbogatszych. A w czasach kryzysu podnoszenie podatków komukolwiek może mieć bardzo negatywne konsekwencje dla gospodarki.

Jednak to, co powinniśmy zrobić teraz, to od razu zapowiedzieć taką reformę, która wejdzie w życie, jak tylko kryzys się skończy.

Tylko czy kiedy znów zacznie się prosperity, ktokolwiek będzie myślał, jak budować nowy, lepszy i bardziej sprawiedliwy świat? Wtedy przecież zwykle myślimy: skoro każdemu wiedzie się lepiej, po co cokolwiek zmieniać?