Wszyscy kosimy z tej inflacji kasę aż miło. Oby tylko nie dopadło nas coś znacznie gorszego niż drożyzna

Koniec roku sprzyja podsumowaniom, a w tych dotyczących gospodarki z pewnością na pierwszym miejscu będzie znajdować się inflacja. Zupełnie zasłużenie, bo wystrzeliła na poziomy, na których nie była przez ponad 20 lat.

O inflacji rymują młodzi raperzy, Szczyl śpiewa, że „wszystko coraz droższe”, powstają poświęcone jej t-shirty. Generalnie wzrost cen powoli staje się zjawiskiem popkulturowym.

Może to świadczyć o tym, że się z nią oswajamy i do niej przyzwyczajamy. Jeśli tak jest naprawdę, to niedobrze, bo oswojonej inflacji trudniej się pozbyć.

Gdy ludzie już przyzwyczają się do tego, że wszystko drożeje, wtedy taka sytuacja może się łatwiej utrwalić. Inflacja wynika z decyzji gospodarczych podejmowanych przez zwykłych ludzi. Przez przedsiębiorców, którzy podnoszą ceny, bo z jednej strony pewnie nie mają wyjścia, a z drugiej strony przestają się bać, że stracą przez to klientów. Przez klientów, którzy wcale nie zniechęcają się wyższymi cenami. Oczywiście narzekają, marudzą i złorzeczą, ale nadal kupują, przekonani, że to nowa normalność.

Nieleczona inflacja może doprowadzić do kryzysu

Jeśli te zachowania firm i konsumentów zaczynają się zazębiać i kręcić coraz szybciej, ceny rosną, ale klienci kupują, więc firmy mogą dalej podnosić ceny, klienci jako pracownicy mocniej cisną na podwyżki płac, dostają je coraz częściej, więc nadal ich stać na coraz droższe zakupy, więc je robią, dając sygnał firmom, że dalej można podnosić ceny… I tak w kółko.

Bizblog.pl poleca

W pewnym momencie inflacja jest już na tyle wysoka, że firmom trudno planować i prognozować, co będzie się dziać za kilka miesięcy. Mogą mieć problem z dostępem do odpowiedniej wielkości kapitału obrotowego, który musi rosnąć, a skoro rosną ceny materiałów, zapasów, w górę idą też należności i zobowiązania, w tym koszty kredytów, jeśli je spłacają.

W końcu wchodzimy w kryzys, w którym firmy muszą zrobić krok w tył, ograniczając produkcję i zwalniając ludzi. Ci ograniczają zakupy, spada popyt i pojawia się recesja, która tłumi inflację.

Takie wyjście z kłopotu poprzez recesję, czyli inny jeszcze większy kłopot, nie jest przyjemne i dlatego właśnie warto pilnować, aby inflacja nie rosła zbyt szybko. Trzeba trzymać ją na takiej wysokości, na której jej ograniczanie nie wiąże się z tym, że ludzie w końcu będą tracić pracę.

Drożyzna większym problemem niż covid i wojna z UE

Co ciekawe pomimo że inflacja w 2021 roku urosła do poziomu najwyższego od 20 lat i z wielu różnych sondaży i badań wynika, że dla ludzi jest to zdecydowanie największy problem (większy niż koronawirus czy konflikt Polski z UE), nie narobiła ona w gospodarce praktycznie żadnych szkód. A w niektórych miejscach można wręcz uznać, że nawet pomogła. I możliwe, że to jest jeszcze ciekawsze od samej inflacji.

Gospodarka rynkowa składa się z trzech zbiorowych aktorów, trzech osobnych od siebie grup:

  • gospodarstw domowych
  • przedsiębiorstw
  • rządu

Można ewentualnie wskazać banki jako grupę czwartą, jeśli uznamy, że to zupełnie specyficzne przedsiębiorstwa, w których chodzi o coś innego niż we wszystkich innych. Niezależnie od tego jak to sobie poukładamy, okaże się, że większość grup na inflacji na razie zyskuje.

Firmy zyskały na marżach, bo mogły nieco podkręcić ceny i zyskać większą rentowność. Z badań rynku pracy jasno wynika, że pracodawcy szukają pracowników, a wolnych miejsc pracy do obsadzenia w kraju jest już ponad 300 tysięcy. To musi oznaczać, że przedsiębiorstwa widzą duży popyt w gospodarce, który pozwala im się rozwijać.

Być może ze wzrostem zatrudnienia pojawi się też wzrost inwestycji. Z pewnością gdyby firmy bały się o przyszłość i przeczuwały kryzys, nie chciałyby zwiększać zatrudnienia.

Banki zwiększają marże dzięki rosnącym stopom procentowym, a te rosną przecież właśnie dlatego, że mamy wysoką inflację. Za każdym razem, gdy stawało się jasne, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na podwyżkę, akcje banków na giełdzie wyraźnie drożały.

Zwykle bowiem działa to tak, że po podwyżce w banku centralnym, banki komercyjne bardziej podnoszą oprocentowanie kredytów, na którym zarabiają niż oprocentowanie depozytów, które stanowi dla nich element kosztów.

W przypadkach skrajnych oprocentowania depozytów i lokat w ogóle nie zmieniają. Dzięki temu rośnie marża odsetkowa, czyli samo serce modelu biznesowego banków.

Budżet korzysta na podatku inflacyjnym

Rząd zyskuje na inflacji, bo ma wyższe dochody z podatków. Dotyczy to głównie podatku VAT, który naliczany jest od poziomu cen. Gdy te rosną, to wpływy z VAT też rosną. Do tego jeśli firmy zarabiają więcej, to płacą większy CIT.

Jak dotąd w tym roku wpływy z VAT urosły o 20 proc. a z CIT o 25 proc.

Popularne sformułowanie o podatku inflacyjnym znajduje tu pełne odzwierciedlenie. Tyle że od strony budżetu jest to akurat zaleta inflacji, a nie wada. Przy tych samych wydatkach oznacza ona mniejszy deficyt albo wyższą nadwyżkę.

Oznacza też możliwość zwiększenia wydatków państwa i sfinansowania czegoś w państwie dodatkowo. To, czy będą to pieniądze wydane mądrze, czy głupio, to już osobna kwestia, ale inflacja w ogóle stwarza taką możliwość.

Gospodarstwa domowe muszą więcej wydawać i płacić wyższe odsetki od kredytów. Ale ich sytuacja nie wygląda wcale źle,
o czym świadczą pełne parkingi przed sklepami w przedświąteczne weekendy.

Płace w przedsiębiorstwach rosną w tempie blisko 10 proc. rok do roku, a więc jeszcze szybciej niż ceny. Emeryci dostali w tym roku dodatkowe wypłaty, które wprawdzie zwiększają dziurę w ZUS, no ale zwiększają też dochody ludzi.

Gorzej wygląda sytuacja zatrudnionych w budżetówce i małych firmach, ale generalnie nie zmienia to faktu, że dochody po stronie gospodarstw domowych wyraźnie rosną, co zresztą dodatkowo sprzyja inflacji.

Rekordowo dużo firm (blisko połowa) deklaruje, że w nadchodzących miesiącach będzie podnosić wynagrodzenia, czyli dochody gospodarstw domowych będą dalej rosły. Sprzedaż detaliczna w Polsce wciąż rośnie szybciej niż drożyzna.

Inflacja nie robi nam na razie krzywdy, bo wciąż nas na nią stać

Gdyby wzrost cen zaczął nam dokuczać, to ograniczalibyśmy zakupy, firmy poczułyby spadek popytu, a wtedy zapewne nie byłoby tylu deklaracji o zamiarze podnoszenia płac i zatrudniania nowych ludzi.

Jedyną grupą, która już dziś faktycznie cierpi przez inflację są posiadacze oszczędności w bankach. I z danych NBP wynika, że tych oszczędności jest coraz mniej: wartość lokat z terminami do dwóch lat spadła od początku 2020 roku z 398 mld zł do 233 mld zł, czyli 41,5 proc. Aktywnie coś z tą kasą robimy, przekładamy ją w inne miejsca, aby ją uchronić przed inflacją. Ci, których na to stać, kupują mieszkania, ci z mniejszą gotówką zapewne idą w stronę funduszy inwestycyjnych albo obligacji.

Z drugiej strony jest większa grupa ludzi zadłużonych, którzy z kolei na inflacji mogą zyskiwać, jeśli zdołają wywalczyć nominalny wzrost dochodów większy od wzrostu rat kredytowych. Dziś są na to szanse tak duże, jak rzadko, czyli z punktu widzenia całej gospodarki nie widać tutaj jakiegoś wyraźnego minusa.

Wychodzi na to, że inflacja z jednej strony będzie w święta naszym ulubionym tematem do narzekań, ale z drugiej strony tak naprawdę w tej chwili nadal jest w miarę bezbolesna.

Życie toczy się dalej, gospodarka nie cierpi, rosnąc o jakieś 5 proc. rocznie realnie (nominalnie PKB w tym roku urośnie grubo ponad 10 proc.) I to chyba jest w jeszcze większym stopniu wydarzeniem roku niż inflacja sama w sobie.

Problem ze wzrostem cen jest jednak taki, że to się szybko może zmienić, a kiedy zacznie gospodarce szkodzić, wtedy w miarę bezbolesne lekarstwa, które mogą sprowadzić ją niżej, będą już poza naszym zasięgiem. Od tego, czy to się wydarzy, czy nie, zależy zapewne, co będzie gospodarczym wydarzeniem roku 2022.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.