Więzienie za jazdę hulajnogą po chodniku. Ciesz się, że nie wymierzą ci chłosty

Miasta coraz bardziej restrykcyjnie podchodzą do tematu elektrycznych hulajnóg. Biorąc pod uwagę, że nie ma tygodnia, byśmy nie usłyszeli o wypadku z udziałem hulajnogistów, trudno się takiej polityce dziwić. Nikt nie poszedł jednak po bandzie tak mocno, jak Singapurczycy.

W tym maleńkim, ale bardzo bogatym azjatyckim państwie od 5 listopada obowiązuje prawo, które wypycha hulajnogi na ścieżki rowerowe.

Prawo, prawem, a życie życiem – mógłby się uśmiechnąć przypadkowy turysta i beztrosko wjechać między ludzi. Ale będzie to duży błąd. Do końca roku służby zostaną zapewne przy pouczeniach, ale od 1 stycznia regulacje mają być stosowane z pełną mocą.

Nie możemy nastawiać się na mobilność za wszelką cenę, bezpieczeństwo publiczne jest ważniejsze

– tłumaczy minister transportu Lam Pin Min.

W kraju, w którym do tej pory wykonuje się karę chłosty za przekroczenie ważności wizy czy nielegalne pożyczanie pieniędzy, podchodzi się do tego zagadnienia z równą skrupulatnością i rygoryzmem, jak do każdego przypadku nieprzestrzegania prawa.

Kary za jazdę hulajnoga po chodniku

Najczęściej wymierzaną karą będzie zapewne mandat, przez który kieszeń niepokornego hulajnogisty może się odchudzić nawet o 2 tys. dol. singapurskich, czyli ponad 5,5 tys. zł. Ale to nie wszystko. Prawo przewiduje nawet możliwość wsadzenia go do więzienia na 3 miesiące!

Można się jednak domyślać, że kara pozbawienia wolności będzie stosowana głównie wobec recydywistów. Pytanie, czy takowi w ogóle się znajdą, po tym, jak za pierwszym razem przyjdzie im oddać mniej więcej połowę miesięcznej pensji.

Zaostrzenie przepisów to efekt fali wypadków z udziałem pieszych i hulajnóg, jaka przetoczyła się przez Singapur. Lam Pin Min podkreślał, że służby co miesiąc łapią ok. 370 osób, które używały hulajnóg niezgodnie z prawem. Bezpośrednim impulsem stał się jednak wypadek śmiertelny. 65-letnia kobieta jadąca na rowerze zderzyła się z hulajnogą, a kilka dni później zmarła w szpitalu z powodu uszkodzenia mózgu.

W Singapurze elektrycznymi hulajnogami można od teraz jeździć po ścieżkach rowerowych. Użytkownicy trochę na to narzekają, bo ich łączna długość w całym państwie-mieście wynosi ledwie 440 km. Władze zapowiadają jednak, że do 2030 r. ma ona przekroczyć 1,5 tys. km.

Po chodnikach wciąż będą mogły się za to poruszać osoby na wózkach inwalidzkich. Zakaz obejmie za to rowery elektryczne. Te, w przeciwieństwie do hulajnóg, będą mogły za to legalnie jeździć po ulicach.

Miasta radzą sobie z hulajnogami

Podobny zakaz dotyczący poruszania się hulajnogami po chodnikach wprowadzają również Francuzi. Część miast, jak Paryż, zdecydowało się na wprowadzenie zakazu jazdy po chodniku. W stolicy Francji za złamanie tych przepisów zapłacimy 135 euro. Hulajnogi nie mogą również jeździć po drogach z ograniczeniem prędkości powyżej 50 km/h. Same urządzenia nie powinny się rozpędzać powyżej 25 km/h. Za złamanie tego zakazu grozi aż 1500 euro grzywny. Za jazdę ze słuchawkami na uszach można dostać mandat na kolejnych 35 euro.

Dużo emocji wzbudzają też prace nad regulacjami na Malcie. Wśród propozycji, które przewinęły się przez biurka regulatorów, można było znaleźć obowiązek posiadania prawa jazdy i polisy ubezpieczeniowej. W planach było także wprowadzenie corocznej opłaty licencyjnej w wysokości 25 euro, choć ten warunek prawdopodobnie w finalnej wersji rozporządzenia się nie pojawi. Bardzo możliwe za to, że ostateczny limit wieku zostanie ustalony na 18 lat.

Najbardziej kompleksowo do tego zagadnienia podeszli włodarze Tel Awiwu. Izraelska metropolia określana jest czasem jako pionier zmian dotyczących użytkowania hulajnóg w miastach. Możemy tam znaleźć m.in. specjalne parkingi, a miasto reguluje nawet to, ile elektryków może się znajdować jednocześnie w danej dzielnicy.

W Polsce czekamy natomiast na ostateczny kształt nowego prawa transportowego. Na razie kwestia poruszania się hulajnogami z napędem elektrycznym po chodniku pozostaje dość kontrowersyjnym tematem. Mniej dyskusyjna staje się za to sprawa ich parkowania. Jeden z operatorów, Lime, zdecydował się ściągać 10 zł z kont użytkowników, którzy pozostawiają urządzenia poza wyznaczonymi strefami.