Chińczycy pod presją USA sprzedają apkę dla gejów Grindr. Chodzi o ryzyko szantażu

Aplikacje randkowe, jak żadne inne, zbierają o nas ogrom wrażliwych danych. A Grindr może wśród nich robić za króla. Już sam fakt zainstalowania apki dla gejów w wielu krajach wystarczy, by zakończyć karierę zawodową, o kamienowaniu nawet nie wspominając. Dla Amerykanów świadomość, że ktoś zbiera takie informacje i może przekazywać je dalej, była nie do zniesienia.

Wygląda na to, że Amerykanie dopięli swego i zmusili chińskiego właściciela aplikacji Grindr, spółkę Beijing Kunlun Tech Company do sprzedaży aplikacji.

Bizblog.pl poleca

Według źródeł Reutersa spółka jest już „bliska podpisania umowy”. Agencja podaje, że aplikacja trafi w ręce gripy inwestorów. Jednym z nich jest ponoć James Lu, były szef Baidu. Tożsamość pozostałych kupców jest nieznana.

Tajemnicą pozostaje również wstępna cena sprzedaży. Negocjacje miały krążyć wokół wyceny rynkowej Grindra, a tę szacuje się na 500 mln dol. Grindr odmówił komentarza.

Naciski USA

Bardzo możliwe, że decyzja Kunlun o upłynnieniu udziałów w apce jest pokłosiem nacisków ze strony Stanów Zjednoczonych. W ubiegłym roku Komitet ds. inwestycji zagranicznych uznał, że połączenie aplikacji dla osób LGBT z chińskim kapitałem jest mocno ryzykowne. Amerykanie obawiają się, że Kunlun będzie dostarczał materiałów reżimowi Xi Jinpinga. A miałby co dostarczać.

Grindr to największa na świecie aplikacja społecznościowa dla osób homoseksualnych, biseksualnych, transpłciowych i queer. Dziennie korzysta z niego 4,5 mln użytkowników.

Ciekawsze jest jednak to, co możemy się z niej dowiedzieć. Tinder wie, kiedy i skąd się logowaliśmy, co piszemy w wiadomościach i w jaki typ użytkowników celujemy. To jednak nic w porównaniu z Grindrem. Chińska aplikacja poza lokacją, preferencjami seksualnymi czy niedwuznacznymi zdjęciami, którymi użytkownicy dzielą się w prywatnych wiadomościach, posiada też dane o wynikach badań na HIV.

Grindr kopalnią danych

Grindr oświadczał wprawdzie, że „żaden reklamodawca nigdy nie miał dostępu do statusu badań na HIV ani daty ostatniego testu, chyba że oglądał go w publicznym profilu”, ale nieoficjalnie mówi się, że firmy zewnętrzne czerpały z profilowania pełnymi garściami. To jednak niewielkie zagrożenie w porównaniu z tym, co z taką wiedzą mogły zrobić rząd Chin.

Właśnie to ostatnie spędza sen z powiek amerykańskiej administracji. Dodatnie wyniki testów na HIV, zdjęcia wiadomych części ciała czy nawet sam fakt bycia gejem może okazać się idealnym sposobem na szantażowanie wysoko postawionych urzędników i wojskowych. Komitet ds. inwestycji zagranicznych kazał Kunlun sprzedać Grindr najpóźniej do czerwca 2020 r.

Grindr jest dziełem izraelskiego startupera Joela Simkhaia. Działający z Kalifornii przedsiębiorca w 2009 r. uruchomił na iOS aplikację, która za kilka dolarów miesięcznie pozwała na dostęp do swojej bazy. W 2014 apka miała już 5 mln aktywnych użytkowników miesięcznie.

W 2016 r. na fali przejęć amerykańskich firm technologicznych przez Chińczyków Grindr znalazł się w rękach Kunlun. Spółka nabyła 60 proc. udziałów za 93 mln dol, ale dwa lata później zdecydowała się na przejęcie wszystkich akcji.

Dzisiaj Amerykanie żałują zapewne, że tak łatwo oddali randkową aplikację w obce ręce. Grindr wraz z TikTokiem wyciągają od mieszkańców USA ogrom danych. Co dzieje się z nimi później? Chińczycy zarzekają się, że nie lądują one wprost na serwerach administracji z Państwa Środka. Ale Donald Trump zbytnio w te zapewnienia nie dowierza.

Wojna handlowa USA-Chiny. TikTok i Grindr nową areną zmagań wielkich mocarstw