Zgadzam się z Gowinem. Osiem tysięcy złotych na rękę to w Warszawie żadne bogactwo

W tym miejscu mógłbym zacząć jedną z tyrad o oderwaniu polskich polityków od rzeczywistości. Jarosław Gowin idealnie się przecież podłożył, stwierdzając, że w dużych polskich miastach 8 tys. zł na rękę to nie są duże pieniądze. Całkowicie się pod tym zdaniem podpisuję.

Zacznijmy może od tego, co dokładnie Jarosław Gowin powiedział. Wypowiedź nie padła, ot tak, całkowicie od czapy. Była reakcją na zapowiedzi premiera Morawieckiego z konwencji wyborczej w Lublinie. Szef rządu wspomniał tam o oskładkowaniu firm od dochodu.

Bizblog.pl poleca:

Jeżeli połączymy to z wcześniej deklarowanym zniesieniem 30-krotności limitu składek, okaże się, że część przedsiębiorców będzie płacić nawet kilkukrotnie wyższy ZUS.

Gowin więc protestuje:

Trzeba się zastanowić, czy (…) ZUS nie powinien być zniesiony, zlikwidowany od nieco wyższych wynagrodzeń. 8 tys. złotych na rękę w takich miastach jak Warszawa, Kraków, Wrocław i Poznań to nie są zarobki wysokie — powiedział we wtorek w Radiu Zet wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Reakcja było do przewidzenia. Jak to w internecie, szydera goni szyderę. Gowin dowiedział się już, że całkowicie się skompromitował. Ba, czytam też, że powinien powiedzieć to zarabiającym dwa tysiące złotych z groszami nauczycielom i lekarzom prosto w twarz.

Warszawska drożyzna

Ale ja z Gowinem zgadzam się w 100 proc. Koszty życia w dużych miastach są dzisiaj naprawdę wysokie. Słowa o 8 tys. mogą bulwersować mieszkańców mniejszych miejscowości.

Spojrzałem z ciekawości – w Bydgoszczy wynajem przeciętnej kawalerki kosztuje 1300-1500 zł. Wiecie, jak ceny kształtują się w przypadku Warszawy? Za mieszkanie przekraczające metrażem 30 m kw., które nie jest położone 1,5 h jazdy od centrum, trzeba wyłożyć jakieś 2300-2500 zł. Do tego dochodzą jeszcze rachunki za wodę i prąd.

I żeby tylko o te nieszczęsne mieszkania chodziło. Wizja poruszania się po mieście elektrycznymi hulajnogami i rowerami z wypożyczalni jest super, kiedy jesteś singlem. Potem okazuje się, że nie przywieziesz nimi zakupów dla 3-osobowej rodziny i nie zawieziesz nimi syna do lekarza ani do szkoły. A że deweloperzy budowali w stolicy w ostatnich latach mieszkania bez ładu i składu, okazuje się, że w pobliżu swojej kawalerki masz betonową pustynię z blokiem obok bloku i jedną Żabką, którą cudem udało się między nie wcisnąć. Także ten, przydałby się samochód.

Przyjmijmy nawet oszczędnie, że korzystamy z niego tylko na własne potrzeby. Jego utrzymanie i tak będzie nas kosztować koło 500 zł miesięcznie.

Do tego załóżmy, że 800 zł miesięcznie idzie na jedzenie. Ani się obejrzeliśmy, a już ponad połowa pensji znikła. A przecież fajnie byłoby od czasu do czasu wyjść do restauracji (minimum 50 zł), kina (40 zł w weekend), teatru (nawet ponad 100 zł). Dobrze było też wyjechać przynajmniej raz w roku na wakacje.

Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby trzeba było te wydatki pomnożyć na utrzymanie dzieci i np. żony, której śmieciówka nie obejmowała takich luksusów jak urlop macierzyński.

A przecież zewsząd słyszymy jeszcze, że trzeba oszczędzać. No i mając te 8 tysięcy, rzeczywiście możemy systematycznie odkładać. Np. na emeryturę, której moje pokolenie prawdopodobnie nigdy nie zobaczy.

Bogactwo według Kowalskiego

Zsumujmy to wszystko. Wynajęta kawalerka, własny samochód, wyjazd na wakacje, okazyjne wyjścia do kin i teatrów. Możliwość podjęcia decyzji o posiadaniu dzieci bez stresu, że całej rodzinie zacznie brakować do pierwszego. No i oszczędzanie.

Śmiech z Gowina wskazuje, że tak Polacy rozumieją dzisiaj życie na bogato. Że to powyższe to jakiś niewyobrażalny poziom luksusu, od którego garstka szczęśliwców powinna odprowadzać wysoki haracz. Być może wyobrażają sobie, że za te, niecałe, 2 tys. euro ludzie dzisiaj latają do Londynu na zakupy, śpią w penthouse’ach na Złotej, a weekendy spędzają na wciąganiu kilogramów koksu i zabawach z modelkami na jachtach wielkości centrów handlowych. Otóż nie. Te pieniądze pozwalają wieść stereotypowy żywot przedstawiciela klasy średniej. Tylko tyle i aż tyle.

To przekonanie o niespotykanej sile nabywczej 2 tys. euro być może wzmacnia wysokość II progu podatkowego, który nieznacznie przekracza dzisiaj 85 tys. zł. To ok. 9,1 tys. brutto, czyli 6,4 tys. zł na rękę. Zarobisz nieco więcej? Proszę bardzo, wpadasz do jednej szuflady z rodzeństwem Kulczyków, Jerzym Starakiem i Zygmuntem Solorzem. Z perspektywy fiskusa jesteś krezusem, dla którego kilka tysięcy w te czy wewte nie zrobi różnicy.

Czy Gowin kogoś obraża?

Jak dla mnie wspominane 8 tys. oznacza po prostu życie na dobrym poziomie. Niedostępnym niestety dla sporej części Polaków. Równanie w dół nie jest jednak żądnym rozwiązaniem. Obiektywne stwierdzenie faktu, że 8 tys. zł w dużym mieście nie wiąże się z bogactwem, nie obraża lekarzy ani nauczycieli. Bo narzekania przedstawicieli tych profesji na 2,5 tys. zł netto nie urągają przecież bibliotekarzom pracującym za minimalną krajową. A znowu bibliotekarze narzekaniem na 1650 zł miesięcznie nie śmieją się w twarz długotrwale bezrobotnym.

Kompletnie nie o to w wypowiedzi Gowina chodziło. Problem leży raczej w tym, jak postrzegamy dzisiaj w Polsce bycie bogatym i w którym momencie nadchodzi czas na nałożenie podatku od luksusu. A widać, że niewiele nam potrzeba. Strach pomyśleć, jak sklasyfikować kogoś z własnym domem i ogrodem na przedmieściach. Czy to już ostentacyjny, barokowy przepych?