No to mamy spokój z wyborami na trzy lata. Rząd może już zawiesić kampanię i zająć się gospodarką

Od niepokojącej sytuacji demograficznej, przez konającą energetykę węglową po zatrważający poziom bezpieczeństwo na drogach. Rząd całkiem nieźle poradził sobie z koronakryzysem, ale ma przed sobą wiele innych poważnych problemów, których nie może dłużej ignorować i odsuwać niepopularne decyzje na kolejne „po wyborach”. Przez najbliższe trzy lata żadnych wyborów nie będzie i to świetny czas, by działać bez ciągłego oglądania się na wyniki badań opinii społecznych, jak instagramerzy nałogowo sprawdzający liczbę polubień swoich postów.

Weryfikacja wyborcza to jeden z fundamentów demokracji, a kartka wyborcza to niepozorne, ale bardzo groźne narzędzie pozwalające obywatelom trzymać rządzących na smyczy i pilnować ich przed nadużyciami władzy. Tak to wygląda w teorii, bo w praktyce często kończy się nadmiernym schlebianiem wyborcom i tanim populizmem.

Bizblog.pl poleca

Bliska perspektywa wyborów i ryzyko podpadnięcia wyborcom skutecznie zniechęca polityków do podejmowania decyzji, które są jednocześnie słuszne i bolesne, jak wyłączenie telewizora dzieciom, które powinny już iść spać.

No właśnie, wciśnięcie przycisku „Off”, a może bardziej „Abort” to już właściwie konieczność, jeśli chodzi o energetykę węglową, która z siły i dumy naszej gospodarki dawno stała się kamieniem u nogi i to takim, który wciąż nabiera masy.

Chroniczne nierentowne kopalnie i elektrownie węglowe narażone na narastające unijne kary za emisję gazów to nie mają już żadnej przyszłości i im szybciej wygasimy ten sektor, tym lepiej dla nas wszystkich. Dla rządu oznaczać to będzie złamanie rzuconych kilka lat temu nieodpowiedzialnych obietnic, że żadnej kopalni nie zamknie i żadnego górnika pracy nie pozbawi, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, prawda?

Kronika nadciągającej katastrofy

Z kolejnym problemem rząd Zjednoczonej Prawicy próbował się zmierzyć, ale gdy nie wyszło, przeznaczenie wprowadzonego w tym celu narzędzia trzeba było dyskretnie zmienić. Chodzi oczywiście o program Rodzina 500+. „Ma być przede wszystkim zachętą do posiadania dzieci” – zapowiadał w 2016 roku resort rodziny.

Rząd bardzo szybko odtrąbił sukces i po przebiciu liczby 400 tys. urodzeń w 2017 roku, ówczesna minister rodziny dość odważnie stwierdziła, że to „mierzalny efekt” wprowadzenia 500+. Potem liczba urodzeń zaczęła spadać i sztandarowy program rządu niepostrzeżenie przeobraził się w „finansowy fundament wsparcia rodzin”.

Mało dzieci dzisiaj oznacza mało kobiet w wieku rozrodczym w ciągu kolejnych 20-30 lat. Zresztą już dawno wpadliśmy w nakręcającą się spiralę spadku liczby ludności. Sytuację pogarsza postępujący odpływ ludności, który obecnie dotyka aż 70 proc. kraju.

Według prognoz GUS w 2050 roku będzie nas mniej niż 34 miliony. Znacznie gorsze jest to, że radykalnie zmieni się struktura wiekowa społeczeństwa – w 2015 roku ludzi poniżej 60. roku życia będzie o ponad 9 mln mniej, a starszych niż 60 lat – aż o 4,6 mln więcej (13,7 mln). W jaki sposób kurcząca się liczba pracujących i płacących składki Polaków ma zarobić na powiększającą się grupę (coraz dłużej żyjących) emerytów, tego nie wie nikt.

Nie mam żadnych złudzeń, że rząd wycofa się z obniżenia wieku emerytalnego, ale przy zachowaniu pozorów utrzymania status quo będzie musiał wprowadzić narzędzia, które zachęcą Polaków do dłuższej pracy. Oczekiwana długość życia Polaków rośnie i przechodzenie na emeryturę w wieku 65 czy 60 lat jest coraz bardziej oderwane od sytuacji demograficznej. Sytuacja, gdy wiele osób w stanie aktywności zawodowej jest niewiele dłużej niż na emeryturze, jest nie do utrzymania i prowadzi do katastrofy systemu emerytalnego.

Szybko, ale bezpiecznie

Inny temat, który rząd ewidentnie traktuje jako politycznie niebezpieczny i grożący niezadowoleniem mas to kwestia bezpieczeństwa na drogach. Polska nie tylko od lat należy do krajów o największej liczbie ofiar wypadków drogowych w przeliczeniu na liczbę mieszkańców w całej Unii Europejskiej. Jest gorzej – wbrew panującemu w Europie trendowi bezpieczeństwo na naszych drogach się pogarsza.

Choć rząd ma dostępne wszelkie narzędzia służące poprawie bezpieczeństwa na drogach – od podwyższenia śmiesznych jak na obecne realia mandatów po wprowadzenie nowoczesnych fotoradarów i innych zautomatyzowanych systemów kontroli przestrzegania przepisów – praktycznie po nie nie sięga.

To oczywiste, że nie chodzi o pieniądze, bo wyższe mandaty to większe wpływy do budżetu, a fotoradary to niemal zawsze bardzo rentowne instalacje. Jeśli nie chodzi o to, by nie sprawiać przykrości tysiącom polskich kierowców, którzy jeżdżą „szybko, ale bezpiecznie”, to naprawdę nie wiem o co.

Pokrewna kwestia to system stacji kontroli pojazdów, który od lat jest dziurawy jak sito, ale nie robi się prawie nic, by ukrócić masowy proceder dopuszczania do ruchu samochodów, które nadają się albo od razu na złom, albo to do gruntownego remontu. Właściwie jedna próba była, ustawa uszczelniająca system kontroli pojazdów była już nawet przegłosowywana w Sejmie, ale nagle została zdjęta na wniosek prezesa rządzącej partii i słuch o niej zaginął…

Wiele wskazuje na to, że kolejne wygrane wybory i umocniony mandat do rządzenia zostanie najpierw wykorzystany do przeprowadzenia „repolonizacji” mediów i innych tego typu działań, do których Prawu i Sprawiedliwości brakowało dotąd śmiałości, bo oznaczają choćby duże ryzyko konfliktu z Komisją Europejską. Nie bądźmy jednak czarnowidzami – może właśnie teraz rząd odważy się na decyzje niepopularne, ale słuszne.