Górnicy uparli się na rząd. Cały czas zarażają się koronawirusem mimo zamkniętych kopalń

Liczba zarażonych Covid-19 górników przekracza już 5,6 tys. i jest już wyższa niż łącznie wszystkich zakażonych w województwie łódzkim i dolnośląskim. Co gorsza, górnicy nie posłuchali się rządu i zaczęli chorować nawet w tych kopalniach, które już miały nie fedrować.

Pomysł rządu był taki: zamkniemy te kopalnie, gdzie jest najwięcej zarażonych koronawirusem górników i tak jakoś opanujemy tę bijącą po oczach na informacyjnych pasach epidemię w województwie śląskim. O węgiel przy tej okazji wcale zaś nie trzeba się martwić. Wszak na przykopalnianych zwałach zalega już blisko 8 mln ton węgla. A jakby co to przecież zawsze jest import, rosnący jak na drożdżach od ok. 3 lat. 

Bizblog.pl poleca

I jak już wydawało się, że ów plan faktycznie działa i już ekonomicznej krytyki takiej decyzji prawie wcale nie słychać, to okazało się, że górnicy dalej są doskonałym pasem transmisyjnym dla Covid-19 i to w tych zamkniętych i w tych ciągle wydobywających kopalniach. W efekcie zarażonych górników jest już przeszło 5,6 tys. To znacznie więcej np. niż w całym województwie mazowieckim (stan na 15 marca: 4358), dolnośląskim (2767), łódzkim (2406), czy wielkopolskim (2383).

Górnicy zarażają się mimo zamkniętych kopalń

Jedną z zamkniętych na trzy tygodnie do 3 lipca kopalń jest ta należąca do Polskiej Grupy Górniczej Marcel w Radlinie. W pierwszym tygodniu czerwca pozytywnych covidowo tam górników było raptem 17. W miniony piątek było ich już 210, a następnego dnia, w sobotę – 216. I mimo że większości z tych 12 kopalń ruch utrzymywany jest na poziomie ok. 30 proc., to należy się spodziewać, że w kolejnych dniach te liczby będą tylko rosły – wraz z organizowaniem kolejnych badań przesiewowych. 

Przy okazji wychodzi na jaw, że na koronawirusie zamykanie kopalń nie zrobiło żadnego wrażenia. Na przykład w bytomskiej kopalni Bobrek-Piekary, należącej do Węglokoksu, która przerwała wydobycie w pierwszej połowie maja, kiedy Covid-19 potwierdzono u 350 pracowników. Teraz jest ich już 590. 

Nie dla radykalizmu, tak dla dialogu

Sytuacja na Śląsku tym samym staje się coraz bardziej napięta. Z jednej są górnicy, którzy zgodzili się przejść na postojowe (w ich przypadku owe 100 proc. przekłada się na ok. 60 proc. uposażenia) i którzy mają coraz więcej wątpliwości, czy po pandemii będzie w ogóle do czego wracać. Coraz bardziej rozbieżne zdania są też u samych związkowców. Z kolei politycy kreślą wizję rychłych planów ratunkowych dla całej branży węglowej w Polsce, a nie tylko poszczególnych spółek. 

W końcu stanowisko w tej sprawie, podczas niedzielnej mszy w intencji górników w Archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach, zajął metropolita katowicki abp Wiktor Skworc, który przy okazji zaapelował o „gospodarczy patriotyzm”, jednoznacznie wskazując na spółki Skarbu Państwa, a nawiązując do tego, że te dziwnym trafem wolą kupować za granicą tańszy węgiel niż na rodzinnym podwórku droższy. 

W imieniu braci górniczej postuluję i proszę o dalszy dialog. Liczę na to, że strona rządowa nadal jest gotowa do wsłuchiwania się w głos doradczy zarządów spółek górniczych i strony społecznej, aby kontynuowane reformy prowadziły do zachowania społecznego spokoju

– stwierdził abp Wiktor Skworc.