Polskie górnictwo na atomowym celowniku Brukseli. Za chwilę będzie po sprawie

Dobrze, że polski rząd dogaduje się z górnikami na temat długofalowej transformacji sektora wydobywczego. Szkoda tylko, że zakładane tempo nijak się ma do tempa forsowanego przez Komisję Europejską. Zaraz może się okazać, że zamiast przewidywanego maratonu czeka nas jednak wykańczający sprint.

Z Katowic słuchać dobre wieści: strona rządowa jest już bardzo blisko porozumienia z górnikami. Ustalono wstępnie, że transformacja energetyczna w kraju nad Wisłą ma przybrać formę tej niemieckiej i być długofalowa. Wśród pozostających rozbieżności najpoważniejszą pozycją jest ta wyznaczająca datę polskiego rozwodu z węglem. Rząd chce to zrobić ostatecznie w 2050 r., ale górnicy chcą więcej czasu i celują w 2060 r. 

I można byłoby już chłodzić szampany, gdyby nie wieści z Brukseli, które sporo mogą jeszcze zmienić. Bo wychodzi na to, że zaprezentowana przez Komisję Europejską ocena skutków podwyższenia celu redukcji emisji do 2030 r. z 40 do 50-55 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r. wcale nie zakłada długofalowej transformacji, a szybką i bolesną. Tak przynajmniej wynika z liczącego 141 dokumentu. 

Górnictwo ma być zwijane w Europie

Przypomnijmy: do tej pory obowiązuje 40 proc. redukcja emisji CO2 względem tej z 1990 r. Jednak dla Brukseli to za mało. Najpierw Komisja Środowiska (ENVI) zaproponowała podniesienie celu redukcji do poziomu 60 proc. Potem hurraoptymistyczne nastroje ekologów nieco popsuła szefowa KE Ursula von der Leyen, która zaczęła namawiać do „co najmniej 55 proc.”. I najprawdopodobniej taka propozycja trafi na październikowe posiedzenie Parlamentu Europejskiego. Teraz z kolei KE opublikowała ocenę skutków (impact assessment) podwyższenia celu redukcji emisji do 2030 r. z 40 do 50-55 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r.

Bizblog.pl poleca

Z dokumentu jednoznacznie wynika, że branżą, która przez nowy cel redukcji emisji najbardziej dostanie w kość, będzie sektor wydobywczy. Dość powiedzieć, że w ciągu najbliższych 10 lat liczba górników zatrudnionych w UE ma drastycznie spaść. Dzisiaj jest ich ok. 238 tys. (z czego ok. 81 tys. to Polacy). KE zakłada, że w 2030 będzie ich w całej Unii tylko 65 tys. Przy zachowaniu redukcji na poziomie 40 proc. zatrudnienie w górnictwie w 2030 r. będzie dwukrotnie wyższe i obejmie 120 tys. ludzi. 

„Według unijnych wyliczeń zatrudnienie spadnie także w branży gazowej – o ok. 15 proc. i o kolejne 10 proc. w sektorze naftowym. To tylko kilka liczb, które wskazują na olbrzymi kryzys, który nas czeka w niedalekiej przyszłości. Coraz głośniej słychać o wyhamowaniu wzrostu gospodarki europejskiej o około 0,7 proc. a w czarnych scenariuszach nawet do 1 proc.” – komentuje dla Bizblog.pl były wiceminister energii, europoseł Grzegorz Tobiszowski.

Nie ma szans na rozwód z węglem w 2060 r.

KE nie ukrywa, że tak znaczny ubytek zatrudnienia w kopalniach będzie miała srogie konsekwencje dla regionów górniczych i tamtejszych rynków pracy. Zwłaszcza że nowy cel redukcji emisji CO2 w fatalnej sytuacji postawi też inne paliwa kopalne, w tym gaz ziemny, w którym Warszawa upatruje węglowego zamiennika. Zatrudnienie w branży gazowej ma spaść w najbliższej dekadzie o 11 proc. Sektor wydobycia ropy straci z kolei ok. 8 proc. pracowników. Jednymi branżami, które e względu na rozwój OZE zwiększą zatrudnienie, będzie budownictwo (+0,3-0,6 proc.) i elektroenergetyka (+2,8-3,3 proc.).

KE dokładnie wylicza mniejsze zapotrzebowania na węgiel. Do 2030 r. spadnie w UE aż o 70 proc. w porównaniu do poziomu z 2015 r. To o ok. 15-18 pkt proc. więcej niż w przypadku utrzymania cel redukcji emisji na poziomie 40 proc. Jednocześnie spadnie zużycie gazu i ropy o odpowiednio 30 i 25 proc. Tak sformułowany zaś drogowskaz na następne lata stoi w sprzeczności z najnowszymi ustaleniami polskiego rządu, który chce transformować górnictwo długofalowo. Górnicy zaś namawiają, żeby ostateczny rozwód z czarnym złotem przesunąć w czasie, najlepiej o 10 lat – do 2060 r. Bo też taką żywotność ma wiele naszych bloków węglowych. 

Tylko że dokument KE jednoznacznie wskazuje, że tak wolne tempo po prostu będzie niemożliwe. Nowy cel redukcji emisji na poziomie 55 proc. wszystko znacznie przyspiesza i za dekadę mamy być już tak naprawdę w normalnym europejskim porządku energetycznym, gdzie już wtedy węgiel ma mieć marginalne znacznie. A gdzie tam dopiero rok 2060.

Niestety jesteśmy zdani tylko na siebie

– twierdzi Grzegorz Tobiszowski.

Emisja CO2 będzie coraz droższa

Ustanowienie nowego poziomu edukacji emisji CO2 do 2030 r. będzie miało też wpływ na najważniejszą broń Brukseli w tej środowiskowej wojnie – handel uprawnieniami do emisji ETS. A to będzie miało wpływ na krajowe gospodarki i na indywidualne rachunki za prąd. Właśnie zawirowania wokół cen uprawnień zapoczątkowały zamieszanie z cenami energii. O tym, jak ważną funkcję spełnia ETS w brukselskim mechanizmie, niech świadczy, że w czasie zmniejszonego zapotrzebowania energetycznego wywołanego lockdownem cena tony CO2 wzrosłą z 15 do ok. 30 euro.

Biorąc pod uwagę kolejne dziesięć lat, to są to tylko jakieś cenowe igraszki. KE wylicza, że podniesienie celu redukcji emisji do poziomu 55 proc. już w 2030 r. spowoduje skokowy wzrost cen w ETS. Za wyemitowanie tony dwutlenku węgla przyjdzie zapłacić od 44 do nawet 65 euro. A to może być dla wielu polskich kopalń i elektrowni pułapem nie do przeskoczenia. Wszak szef górniczej Solidarności Bogusław Hutek już wcześniej wyliczał, że podniesienie limitu z 40 tylko do 50 proc. (KE jest za „co najmniej 55 proc.”) będzie oznaczało konieczność zamknięcia ok. 18 proc. polskich elektrowni i kopalń. To zaś tylko skutek jednego zawirowania wokół ETS, możliwe, że nie ostatniego.

„Bardzo głośnio mówi się o ETS Bis, do którego włączy się między innymi metan. To katastrofa już nie tylko dla górnictwa, ale też dla rolnictwa, budownictwa i transportu” – ostrzega eurodeputowana Anna Zalewska.