Wysokość naszych rachunków za prąd zależy od losów dealu rządu z górnikami. Szykuje się ostry bój

Porozumienie rządu z górniczymi związkowcami podzieliło Polskę. Na tych, którzy nie wierzą w jego realizację oraz na tych, którzy chwalą ekipę Mateusza Morawieckiego za odważną decyzję. Jeśli myślicie, że to wszystko was nie dotyczy, jesteście w błędzie. Od losów węgla w Polsce zależy wysokość waszych rachunków za prąd.

Większość obserwatorów i analityków uznała porozumienie rządu z górniczymi związkowcami – zakładające zamknięcie ostatniej kopalni w 2049 r. – za krok wstecz względem opracowanej przez Ministerstwo Klimatu „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”. Wszak ten dokument zakłada, że już za 10 lat w miastach ciepło i energia nie będą pochodziły z węgla.

Bizblog.pl poleca

To jest umowa rodem z alternatywnej rzeczywistości, gruntownie oderwana od uwarunkowań unijnych i realiów ekonomicznych, i przez to niemożliwa do spełnienia

– stawia sprawę jasno Izabela Zygmunt, ekspertka ds. klimatu w Polskiej Zielonej Sieci.

Porozumienie z górnikami nie jest atakowane z każdej strony

Okazuje się jednak, że nie wszyscy wieszają psy na podpisanym w Katowicach dokumencie. Nie brakuje takich, którzy chwalą za to ekipę premiera Morawieckiego. Wśród nich jest np. Janusz Steinhoff, szef krajowej gospodarki w rządzie Jerzego Buzka.

Teraz zwraca uwagę, że transformacja energetyczna faktycznie uderzy w rynek pracy, zwłaszcza na Śląsku, ale też jest to region, który charakteryzuje się znakomitą odbudową miejsc pracy. Przypomina, że przecież do tej pory z górnictwa odeszło w sumie ok. 300 tys. ludzi, a z hutnictwa – 100 tys. 

„Skończyły się już wielkie programy restrukturyzacyjne. Przyszłość górnictwa jest już przesądzona. Dlatego porozumienie z górnikami oceniam jak najbardziej pozytywnie” – uważa Janusz Steinhoff. Zaznacza, że nadchodząca transformacja z pewnością będzie trudna w społecznym odbiorze, dlatego jest „rozległa w wymiarze i czasie”. 

Przy okazji nadchodzącej reformy sektora wydobywczego należy, zdaniem Steinhoffa, odpowiedzieć sobie jak najszybciej na podstawowe pytania: jak będzie wyglądał za kilkanaście lat polski miks energetyczny? Czy będzie oparty na energii jądrowej, czy może postawimy bardziej na paliwo przejściowe (gaz ziemny) i odnawialne źródła energii. 

Wojna o węgiel jeszcze w tym roku w Brukseli

Krytycy podpisanego z górnikami dokumentu wskazują na jeden z ostatnich zawartych tam punktów, który stanowi, że „Porozumienie wchodzi w życie z dniem uzyskania zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną, w tym na dopłaty do bieżącej produkcji dla sektora węgla kamiennego”. Nie brakuje takich, dla których walka w UE o wieloletnie, rozciągnięte w czasie nawet na trzy dekady, dopłaty do węgla jest z góry skazana na porażkę. Ale są też tacy, którzy wierzą w zwycięstwo. 

„Zakończonymi porozumieniem rozmowami z górnikami pokazaliśmy Europie, że współpracujemy w kierunku transformacji energetycznej. I że jesteśmy otwarci na nowe rozwiązania” – przekonuje Grzegorz Tobiszowski, dawny wiceminister energii, a dzisiaj eurodeputowany

Zdaniem Tobiszowskiego Warszawie obecnie wcale nie trzeba udowadniać, że transformacja energetyczna jest konieczna. Pytaniem jednak otwartym ciągle pozostaje to, jak to zrobić najlepiej. 

Będziemy wspierać porozumienie z górnikami w Brukseli. Nie zmarnujemy naszego głosu

– obiecuje Tobiszowski.

Zwycięstwo albo… wysokie rachunki

Rozmowy o rozpisanym na 30 lat rozwodzie Polski z węglem i o dotacjach na „czarne złoto” będą prowadzone w Brukseli jeszcze w tym roku. I chociaż polityczne zastępy biją się w piersi, zarzekając, że będą o transformację energetyczną Made in Poland walczyć do samego końca, to z tą zgodą UE może być naprawdę różnie. Od powołania do życia nowego składu Komisji Europejskiej wyraźnie wszak widać zielone przyspieszenie. Jego kulminacja ma nastąpić już w październiku, kiedy Parlament Europejski będzie procedował nowy cel klimatyczny: redukcję emisji CO2 na nowym poziomie. 

Ta zbliżająca się wielkimi krokami debata dobitnie pokaże, co się może stać w kraju nad Wisłą, kiedy nie uda się jednak przekonać Brukseli do tak długiej rozłąki z węglem. KE proponuje bowiem, żeby do 2030 r. zredukować emisję CO2 (względem tej z 1990 r.) o „co najmniej 55 proc.”. Taki scenariusz może zepchnąć na kraj nad Wisłą lawinę kłopotów finansowych. Wszak w Polsce 900 kg CO2 przypada na jedną megawatogodzinę. Tych produkujemy w sumie w ciągu roku przeszło 170 mln.

Cena tony dwutlenku węgla w europejskim systemie handlu uprawnieniami ETS waha się obecnie od 27 do 30 euro. Podwyższenie celu redukcji emisji do 55 proc. może je nawet podwoić. Warto też pamiętać o słowach Bogusława Hutka, szefa górniczej „Solidarności”, który już wcześniej przekonywał, że przy redukcji emisji na poziomie tylko 50 proc. blisko co piąta (18 proc.) posła elektrownia i kopalnia przestaną istnieć.