Los górników i PGG przesądzony. Czekamy już tylko na wynik wyborów prezydenckich

Polskie górnictwo miało mieć plan naprawczy do końca czerwca, ale wciąż na stole nie ma żadnej propozycji. No może poza coraz większym zdenerwowaniem górników, którzy twierdzą, że jak tak dalej to wszystko pójdzie, to już w sierpniu zabraknie pieniędzy na wypłaty dla nich.

Pierwsze przecieki z rozpoczętych wczoraj rozmów między górniczymi związkowcami a zarządem z Polskiej Grupy Górniczej nie napawają optymizmem. Chociaż zatrzymane pandemią COVID-19 kopalnie mają ruszyć do fedrowania pełną parą po 3 lipca, to pracujący w nich górnicy coraz bardziej boją się o to, czy będą pieniądze na ich pensje. 

Sierpniowe wypłaty są zagrożone

– stawiają tezę związkowcy PGG.

Górnictwu coraz trudniej idzie sprzedaż węgla

Jacek Sasin, wicepremier i szef MAP, już w styczniu miał gotową receptę dla polskiego górnictwa. To z jednej strony miał być szlaban dla importu, a z drugiej nakłanianie naszych rodzimych spółek energetycznych, by te się jednak zmiłowały i zaczęły kupować węgiel. Jednym i drugim bolączkom miał zaradzić centralny magazyn węgla. 

Bizblog.pl poleca

Mogę to zagwarantować. Spółki Skarbu Państwa nie będą więcej importować węgla

– bił się w pierś wicepremier Jacek Sasin.

Niestety, szybko się okazało, że to pobożne życzenia rządzących. Węglowy magazyn szybko się zapełnił i w żaden sposób nie zatrzymał rosnących przykopalnianych zwałów, które za chwile osiągną 8 mln ton. Tymczasem spółki energetyczne zamiast patriotyzmem uparcie wykazywały się rachunkiem ekonomicznym i Tauron oraz Enea w kwietniu w ogóle nie kupiły węgla od PGG.

Teraz okazuje się, że brak zamówień na polski węgiel mógł nie być jednorazowym wyskokiem, a początkiem trendu. Nasze kopalnie, jak twierdzą związkowcy, gwarancje odbioru węgla miały tylko do końca czerwca. A co dalej? Sprzedaż realizowana przez krajowe kopalnie spadła w kwietniu do 4 mln ton z 4,5 mln w marcu (w stosunku do 4,9 mln ton w kwietniu 2019 r.). Wydobycie tym samym uparcie przekracza sprzedaż: w lutym o 0,8 mln ton, w marcu o 0,5 mln ton, a w kwietniu o 0,2 mln ton. 

Miał być plan naprawczy, ale „trwają prace”

Już przed pandemią sytuacja polskiego górnictwa była poważna. Sektor 2019 rok zamknął stratą w wysokości ok. 1 mld zł. W bieżącym jest coraz gorzej. Wbrew pojawiającym się pogłoskom nie ma mowy o likwidacji europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2, do czego przecież jeszcze w połowie marca namawiał wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski.

Teraz jest już jasne, że koronawirus tylko zielone i bezpieczne źródła energii wzmocnił. Tym trudniejsza staje się sytuacja kopalń. Tomasz Rogala, prezes PGG, kilka tygodni temu przestrzegał górników, że jak ci nie zgodzą się na plan cięć i w produkcji i w górniczych wypłatach, to spółce ucieknie sprzed nosa 700 mln zł z rządowych tarcz antykryzysowych, a wtedy będzie można już w kopalniach gasić światło. Zresztą w podobny ton uderzało Ministerstwo Aktywów Państwowych, które informowało nawet o wyznaczeniu rzekomego terminu postawienia PGG w stan upadłości. Miało to nastąpić 20 lipca. 

Tak postraszeni górnicy ulegli i plan ograniczeń w kopalniach podpisali. Ale wydawało im się, że przynajmniej jedno wywalczyli. Chodzi o plan naprawczy całej górniczej branży, który nie od dziś obiecuje resort aktywów państwowych. Zgodnie z podpisanym porozumieniem miał być gotowy z końcem czerwca. Na razie Karol Manys, rzecznik prasowy MAP, twierdzi, że pracę nad nim wciąż trwają. Nie uchylił rąbka tajemnicy i nie zdradził, do kiedy mogą potrwać.

Konsolidacja branży jedyną receptą?

Może być jeszcze jeden powód tego, że mimo wcześniejszych zapewnień z końcem czerwca planu naprawczego górnictwa nad Wisłą nie zobaczyliśmy. Otóż mogło się tak stać z powodów politycznych. Jesteśmy w dogrywce wyborczego wyścigu z metą w Pałacu Prezydenckim, a w tym czasie politycy z każdej strony niepopularnych wiadomości wolą nie przekazywać. Lepiej przeczekać niż ryzykować.

I nie inaczej może być w przypadku planu naprawczego dla polskich kopalń. Coraz głośniej mówi się o nowej grupie węglowej, która skupiłaby w sobie wszystkie węglowe aktywa, przy okazji innych zwalniając z tego coraz cięższego balastu, np. Polską Grupę Energetyczną. Nie ma znaczenia, że jeszcze w maju Jacek Sasin twierdził, że „stworzenie wielkiej monopolistycznej struktury w górnictwie jest rozwiązaniem niefunkcjonalnym”. Dzisiaj może nie być już innego wyjścia.

Nie ma też, co udawać, że ta kolejna konsolidacja górniczej branży (przecież PGG powstała też w celu posprzątania bałaganu, za jakim stała Kompania Węglowa) musi oznaczać także likwidację niektórych kopalń i redukcję górniczych miejsc pracy. Musi, nie ma innego wyjścia. Trudno się dziwić, że obecny rząd woli na razie swoje górnicze plany przemilczać.