Słowa rzecznika rządu tylko potwierdzają obawy górników, Władza nie ma żadnego planu

Z jednej strony Ministerstwo Klimatu chce, żebyśmy zaczęli żegnać węgiel już od 2030 r., a z drugiej rzecznik rządu mówi o kilkudziesięcioletnim procesie restrukturyzacji kopalń. A to znaczy tylko jedno: konkretnego, ujednoliconego planu dla górnictwa po prostu nie ma.

Na razie pod ziemią (kilkaset metrów) zostało 65 górników, ale jest więcej niż pewne, że za chwilę zaczną dołączać do nich inni. Akcją nikt nie kieruje, górnikom nikt nie rozkazuje. To ich spontaniczna decyzja, bo po prostu mają już serdecznie dosyć dalszego zbywania przez rząd.

Bizblog.pl poleca

Członkowie gabinetu premiera Mateusza Morawieckiego jakoś szczególnie na taką formę protestu nie zareagowali, nie licząc paru skąpych wypowiedzi. Jedna z nich – rzeczniczka rządu – jest godna uwagi. Bo pokazuje w całej rozciągłości, że tak naprawdę to rząd nie ma zielonego pojęcia co robić z systemem wydobywczym w naszym kraju.

Górnictwo z wehikułem czasu

Rzecznik rządu Piotr Müller do sytuacji w górnictwie odniósł się w Polsat News. Stwierdził, że: „chodzi o to, aby jeżeli będą restrukturyzowane kopalnie, żeby z biegiem lat, mówimy o procesie kilkudziesięcioletnim, jednocześnie gwarantować nowe inwestycje na Śląsku, nowe technologie, które będą gwarantowały atrakcyjne miejsca pracy na Śląsku”. Najbardziej zadziwiające jest sformułowanie „proces kilkudziesięcioletni”, sugerujący, że być może rząd jednak dotrzyma swojego słowa i zacznie z górnikami rozmawiać o dacie granicznej w 2060 r. 

Do 2060 r. nowe bloki węglowe, które zostały oddane do użytku niedawno, albo te, które akurat teraz są w budowie, mogą bez problemu funkcjonować następne 40 lat

– mówi w rozmowie z Bizblog.pl Jarosław Grzesik, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ „Solidarność”.

Tylko jak do „procesu kilkudziesięcioletniego” ma się przygotowana przez resort klimatu „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku”? Jak pięść do nosa. Wszak dokument zakłada, że – przy założeniu, że ceny uprawnień emisji CO2 będą rosły w umiarkowanym tempie, na co jednak jest coraz mniejsza szansa – udział węgla w naszym miksie energetycznym ma spaść z obecnych ok. 77 proc. do 56 proc. W 2040 r. ma być już tylko 28 proc. Żeby tak się stało, musi dojść do likwidacji części przynajmniej kopalń. Innego wyjścia nie ma. I to już za niespełna dziesięć lat, a nie kilkadziesiąt.

Był plan, ale został tylko strach

Przecież rząd plan dla górnictwa i naszej całej energetyki, przynajmniej ten wstępny, już miał. Kilka tygodni temu z nim w kieszeni do stolicy województwa śląskiego jechał wicepremier i szef aktywów państwowych w jednej osobie – Jacek Sasin. Zakładał likwidację najmniej rentownych kopalń. Tym samym na celowniku znalazło się co najmniej kilka tysięcy miejsc pracy. To rozwścieczyło nie tylko samych górników, ale też śląskich parlamentarzystów Zjednoczonej Prawicy, którzy zaczęli obnosić się swoim oburzeniem w mediach. Rozkaz zamknięcia ust z Nowogrodzkiej przyszedł dopiero później. Jednak skutkuje do dzisiaj. Posłowie i senatorowie Zjednoczonej Prawicy nagle nabrali jak jeden mąż wody w usta na temat górnictwa. 

Bardzo głośno mówiło się też o tym, że te nieliczne, zdrowe finansowo kopalnie miałby trafić do Węglokoksu. Ta właśnie spółka miała być wielkim ratowniczym polskiego sektora wydobywczego. Jak swego czasu Polska Grupa Górnicza miała być receptą dla tonącej w długach Kompanii Węglowej. I przez prawie 5 lat była, ale już nie jest. PGG teraz sama bankrutuje. Pomysł związany z Węglokoksem pojawił się kilka miesięcy temu. I cisza. Nie wiadomo, czy takie rozwiązanie jest ciągle na stole. To wszystko jasno wskazuje, że rząd najprawdopodobniej żadnego planu dla górników na razie po prostu nie ma. Wiadomo, że nie będzie on też wynikiem prac zespołu rządowo-społecznego, który kierunki reformy górnictwa i energetyki miał przedstawić do końca września. Zespół spotkał się dwa razy. Efektów nie ma żadnych. 

To górnicze przeciąganie liny, z jakim mamy do czynienia od pewno czasu, może się jednak dla rządzących źle skończyć. Górnicy są zdeterminowani jak chyba nigdy wcześniej. Wiedzą, że dla ich pracy to teraz właśnie rozegra się najważniejsza bitwa. I patrzą dokładnie władzy na ręce, tej samej, która przecież jeszcze w prezydenckiej kampanii zapewniała, że węgiel z nami był, jest i jeszcze długo będzie.