Niemcy chcą przeprosić się z gazem łupkowym i znieść zakaz szczelinowania

Można próbować zakrzyczeć rzeczywistość i przekonywać, że zimą opału nikomu nie zabraknie. Ale można też brać obecny kryzys energetyczny na poważnie i szukać energetycznych alternatyw, gdzie tylko się da. Nawet kosztem dalszego politycznego losu własnego rządu. Przykładem jest gaz łupkowy, co do którego zdania w gabinecie Olafa Scholza są mocno podzielone. I właśnie w ten sposób Niemcy kolejny raz udowadniają, że opinia jednego z bardziej pragmatycznych narodów świata wcale nie jest na wyrost.

W dobie rozkręcanego przez Rosję kryzysu energetycznego Niemcy dewastują swoją dotychczasową politykę energetyczną. Zgodnie z nią w tym roku swoją działalność powinny zakończyć trzy ostatnie elektrownie jądrowe. Z kolei datę pożegnania węgla rząd kanclerza Olafa Scholza zmienił z 2038 na 2030 r.

Te ustalenia już nie są już jednak aktualne. Wszystko przez to, że Rosja – zgodnie z przewidywaniami – zmniejszyła przepustowość gazociągu Nord Stream 1 raptem do 20 proc. To już oznacza spore kłopoty dla Berlina. Jeszcze bardziej w kość ma dostać gospodarka naszych zachodnich sąsiadów, jak rosyjskie Gazprom całkiem zakręci kurek z gazem. Stąd niemiecki powrót do węgla i możliwe wydłużenie żywota reaktorów atomowych. Ale to jeszcze nie koniec. Być może w strachu przed brakiem energii Niemcy wrócą też do szczelinowania. 

Wiercenia testowe w polach gazu łupkowego nie były rozważane przez firmy wydobywcze z powodu istniejącego sprzeciwu politycznego – twierdzi niemiecki Federalny Związek Gazu Ziemnego, Ropy Naftowej i Geoenergii (BVEG).

Bizblog.pl poleca

Teraz temat szczelinowania i gazu łupkowego wraca ze zdwojoną siłą. W Holandii właśnie toczy się debata na temat przedłużenia produkcji frackingu na największym polu gazowym w Europie. Z kolei w Wielkiej Brytanii pojawia się coraz więcej apeli o jak najszybsze zniesienie moratorium na szczelinowanie.

Gaz łupkowy receptą Niemiec na kryzys energetyczny?

Niemcy szczelinowania w celu uzyskania dostępu do gazu łupkowego zabroniły już w 2017 r. Obowiązujące od tego czasu przepisy biorą pod uwagę tylko cztery odwierty do celów naukowych. Ale do tej pory nie zrealizowano żadnego z nich. Strach przed powstającymi w ten sposób trzęsieniami ziemi, ale też przed zanieczyszczeniami pochodzącymi ze szczelinowania – był przez te wszystkie lata silniejszy. Ale chyba zaczyna powoli kruszeć. Jak wynika z raportu Federalnego Instytutu Nauk Geologicznych i Zasobów Naturalnych zasoby gazu łupkowego u naszych zachodnich sąsiadów szacowane są na ponad dwa biliony metrów sześciennych. To ilość równa 20-krotnemu, rocznemu zużyciu gazu w Niemczech (to wyliczane jest na ok. 100 mld m sześc.). 

Potencjalna produkcja gazu łupkowego wynosiłaby do 10 mld metrów sześciennych rocznie. To mogłoby pokryć 10 proc. niemieckiego zapotrzebowania na gaz i mogłoby ograniczyć dodatkowy import LNG – uważa Ludwig Moehring, szef BVEG.

Niemieccy eksperci przekonują, że wydobycie gazu łupkowego wcale nie musi wiązać się z zanieczyszczeniem środowiska. Twierdzą, że technologia w ostatnich latach na tyle poszła do przodu, że każde wiercenie jest dokładnie śledzone przez czujniki.

Szczelinowanie może podzielić niemiecki rząd

Analitycy wskazują, że dla Niemiec gaz łupkowy i tak byłby dostępny najwcześniej za dwa lata. Ale ich zdaniem nie ma na co czekać. Bo dzięki temu można znowu zmniejszyć uzależnienie energetyczne od Rosji i też ograniczyć import LNG, co z kolei mogłoby mieć zbawienny wpływ na ceny hurtowe. Tyle że nie wszyscy gracze niemieckiej sceny politycznej opowiadają się za takim rozwiązaniem. Podział przebiega nawet wewnątrz niemieckiego rządu. Liberałowie z FPD, razem z konserwatystami, uważają, że powrót do szczelinowania jest niezbędny. 

Znaczne rozszerzenie krajowej produkcji gazu ziemnego uczyni nas niezależnymi i przywróci naszą suwerenność energetyczną – przekonuje Michael Kruse z FPD w rozmowie z The Globe and Mail.

Ale socjaldemokraci z SPD i Zieloni, którzy razem z FPD tworzą rząd federalny, nie są przekonani do tego rozwiązania. Robert Habeck, minister gospodarki Niemiec, reprezentujący Zielonych, uważa, że nie ma o czym rozmawiać. 

Debata o szczelinowaniu jest dla nas w tej chwili zupełnie bezużyteczna. Na zagospodarowanie takich złóż potrzeba lat, jeśli w ogóle chce się to robić – stwierdził w odpowiedzi na propozycję FPD.

Dla Polski łupki ciagle są zbyt drogie i zbyt ryzykowne

Być może jednak dojdzie do politycznej zgody względem powrotu do szczelinowania. Wszak wcześniej Zieloni i socjaldemokraci jakoś przełknęli powrót do węgla i częściowo również do atomu. Warto jednak pamiętać, że pomysł liberałów i konserwatystów nie podoba się też niektórym landom. Na przykład Dolna Saksonia, posiadająca największe złoża gazu łupkowego, stawia na infrastrukturę do produkcji skroplonego gazu LNG. Takie terminale mogłyby z powodzeniem importować gaz łupkowy z USA czy Kanady.

Takich kłótni wokół szczelinowania, przynajmniej na razie, nie ma w Polsce. Jeszcze niedawno wszak mieliśmy być potęgą łupkową, a Polski Instytut Geologiczny szacował, że w optymistycznej wersji polskie złoża gazu łupkowego mają jakieś 1,9 bln m sześc. objętości. Amerykańska agencja Energy Information Administration mówiła nawet o złożach liczących 5,3 bln m sześc. Potem jednak okazało się, że tego gazu łupkowego w Polsce jest znacznie mniej i że nie jest on łatwo dostępny.

Teraz ten temat też u nas wraca. Na razie teoretycznie. Piotr Dziadzio, wiceminister klimatu i środowiska i jednocześnie Główny Geolog Kraju już rok temu wskazywał, że polskie złoża mogą mieć od 190 do 260 mld m3 tego surowca. I przyznawał, że nadal istnieje u nas łupkowy potencjał. Teraz jednak, po kilku miesiącach od rosyjskiej agresji na Ukrainę, już taki pewny tego nie jest. Wszystko przez duże koszty szczelinowania i brak odpowiednich technologii. 

Z punktu widzenia ekonomicznego w tej chwili i przypuszczam, że w najbliższej dekadzie, jest to niemożliwe – stawia sprawę jasno Dziadzio w rozmowie z PolskaTimes.pl.