Milionowy tłum amatorów wygrywa na giełdzie z profesjonalistami. Jaki będzie następny etap?

Nikt z nas zapewne nigdy nie przypuszczał, że doczeka momentu, w którym wielotysięczny tłum amatorów napadnie na Wall Street i zwycięży, a przynajmniej, że przez kilka dni będzie to tak wyglądało. A jednak okazało się to możliwe. Jestem przekonany, że to, co dzieje się na amerykańskim rynku giełdowym w ciągu ostatnich dwóch tygodni to scenariusz, który absolutnie nikomu wcześniej nie przyszedł do głowy.
 
O tym, że coraz więcej Amerykanów inwestuje na giełdzie za pomocą darmowych aplikacji, takich jak np. Robinhood, wcześniej niedostępnych, wiadomo od dawna. Wielu obserwatorów rynku twierdzi, że swoje zrobiła też pandemia, bo zamknięta w domach społeczność obok oglądania seriali i grania w gry komputerowe zainteresowała się inwestycjami giełdowymi niejako trochę z nudów. Mając w telefonie darmową apkę stało się tak proste, jak wrzucanie zdjęć na Instagram.

Już wiosną ubiegłego roku analitycy giełdowi pisali, że rynek w USA jest tak odporny na pandemię i tak szybko wraca do bicia rekordów wszech czasów nie tylko dlatego, że oczekuje rychłego wygaśnięcia tej pandemii, ale przede wszystkim dlatego, że na giełdę płyną miliony dolarów ze strony inwestorów indywidualnych, których nigdy wcześniej nie było aż tak wielu.

Bizblog.pl poleca

Początkowo interesowali się oni głównie najbardziej znanymi i „modnymi” spółkami technologicznymi, pomagając w zawrotnych wzrostach notowań Netflixa, Tesli, czy chociaż Apple’a. To nadal nie wyglądało rewolucyjnie.

Kolejnym krokiem było ustanowienie kanałów komunikacji pomiędzy tymi inwestorami-amatorami. Wielu z nich zaniosło swoje pieniądze na giełdę pierwszy raz w życiu, szukali więc porad i informacji. W związku z tym, że był rok 2020, większość z nich nie sięgnęła po książki, ale raczej skierowała się w stronę serwisów społecznościowych, bo stamtąd dziś spora część społeczeństwa czerpie jakiekolwiek informacje o wszystkim. Wśród tych serwisów był Reddit i założona blisko dziesięć lat temu grupa dyskusyjna o nazwie #wallstreetbets. Wcześniej było to miejsce z punktu widzenia całego rynku zupełnie nieistotne, ale gdy zaczęły tam dołączać dosłownie setki tysięcy ludzi, sytuacja zaczęła się zmieniać.

Ten trend zresztą nadal trwa. We wtorek rano widziałem, że jest tam 2,4 mln ludzi, w środę około południa było już ich 2,8 mln, a tego samego dnia po siedemnastej już ponad 3 miliony.

Gamestop ofiarą szorciarzy

Nie wiem, kto i w jaki sposób wpadł na ten pomysł, ale ten tłum w pewnym momencie zaczął umawiać się na kupowanie konkretnych spółek i to nieprzypadkowych. Chociaż tak właściwie powinienem napisać tylko o jednej, bo w jej przypadku efekty są niesamowite. Na forum pojawiają się też inne nazwy, ale tam rezultat jest mniej efektowny. Ta jedna konkretna spółka to Gamestop, a kluczową jej cechą jest to, że do tej pory była ona na celowniku funduszy zarabiających na spadkach cen, czyli stosujących tak zwaną krótką sprzedaż.

Polega ona na tym, że pożycza się akcje danej spółki od kogoś, np. od biura maklerskiego. Biuro ma prawo wypożyczać akcje leżące na rachunkach swoich klientów (chyba że ci zastrzegą, że sobie tego nie życzą, ale większość nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że ich akcje są wypożyczane). Ten, kto te akcje pożyczy, następnie je sprzedaje, licząc na to, że zwiększając w ten sposób podaż akcji, doprowadzi do spadku ich ceny (albo, ze te ceny po prostu będą spadać z innych przyczyn). Potem trzeba te akcje odkupić taniej, oddać tym, od których się je pożyczyło i pozostać z zyskiem wynikającym z różnicy między wyższą ceną sprzedaży i niższą ceną odkupu.
 
Ryzyko w przypadku takich strategii polega na tym, że jak już te pożyczone akcje sprzedamy to zamiast iść w dół, mogą one drożeć i wtedy na tym tracimy. A kiedy podrożeją wyjątkowo mocno, wtedy możemy nawet nie mieć pieniędzy na ich odkup (aby je oddać tym, od których je pożyczyliśmy) i wtedy możemy zbankrutować. Nawet jeśli jesteśmy dużym i znany funduszem hedgingowym. Takim jak na przykład Melvin Capital, zarządzającym aktywami o wartości 12,5 mld dolarów.

Melvin kapituluje, tłum tryumfuje

Kilka dni temu doszło do starcia, w którym z jednej strony mieliśmy właśnie fundusz Melvin Capital, który wg publicznie dostępnych danych dość mocno zainwestował w spadek notowań spółki Gamestop, a z drugiej strony rozentuzjazmowany, momentami nawet agresywny (oczywiście tylko w internecie) tłum, skupiony na liście dyskusyjnej #wallstreetbets na Reddicie, kupujący te akcje, oraz powiązane z nimi opcje na akcje. Rezultat starcia okazał się szokujący, bo tłum wygrał. Melvin Capital musieli ratować koledzy z innych funduszy, oferując mu zastrzyk z 2,5 mld dolarów kapitału, żeby przeżył. A w środę fundusz przyznał, że wycofał się krótkich pozycji na akcjach Gamestop. Natomiast same akcje na początku stycznia kosztowały niecałe 20 dolarów, tydzień temu około 40 dolarów, a w środę dotarły w okolice 380 dolarów.

Giełdowe pojedynki, w których z jednej strony stoją poważne instytucje finansowe, a z drugiej strony inwestorzy indywidualni zdarzają się często, ale zawsze wygrywają w nich ci więksi, a inwestor indywidualny zwykle traci na tym pieniądze. Tym razem stało się inaczej. Okazało się, że tłum początkujących inwestorów może zaprowadzić funduszu hedgingowy na skraj bankructwa. Pod warunkiem, że ma grupę na Reddicie i że składa się z mniej więcej dwóch milionów osób. Generalnie jest to moim zdaniem mocno szokujące. Z pewnością bardzo nowe.

Ale jeszcze bardziej szokuje coś innego

Otóż kiedy się wejdzie na tę listę dyskusyjną, to dość łatwo zauważyć, że spora część ludzi zachowuje się tam, jakby miała misję do spełnienia. Okazuje się, że wywołanie wzrostu notowań na Gamestop było tylko środkiem prowadzącym do celu, a prawdziwym celem było utopienie funduszu hedgingowego, ponieważ ci inwestorzy właśnie walczą z systemem. Ze złymi banksterami, którzy ich okradają,  funduszami, które celowo chcą doprowadzić do spadku notowań spółek i do strat po stronie inwestorów indywidualnych. I tak dalej. Generalnie można tam odnieść wrażenie, że trwa rewolucja. Ludzie kupują akcje, żeby „im pokazać” i żeby „z nimi wygrać”. Włodzimierz Lenin byłby pewnie takim pospolitym ruszeniem zachwycony. Oto bowiem wyraźnie ideologicznie umotywowany tłum walczy z bogatymi kapitalistycznymi instytucjami, a nawet podbija serce tego systemu, czyli giełdę na Wall Street. Dziesięć lat temu mieliśmy tłum protestujących przed budynkiem giełdy w ramach ruchu Occupy Wall Street, dziś ten slogan faktycznie udało się wprowadzić w życie za pomocą mediów społecznościowych. Nic dziwnego, że społeczność profesjonalnych traderów i inwestorów przeciera oczy ze zdumienia. A ci nieco bardziej kontrowersyjni, jak Elon Musk świetnie się bawią.

Królowie bitcoina, jak Cameron Winklevoss na serio rozważają, czy do tłumu z Reddita się nie przyłączyć.

Pojawiają się nawet opinie, że platformy społecznościowe robią w tej chwili z rynkiem kapitałowym to samo, co zrobiły z amerykańską polityką jakieś 5 lat temu, kiedy do władzy parł Donald Trump. A propos prezydentów, to Biały Dom opublikował właśnie komunikat o tym, że przygląda się temu, co dzieje się z akcjami Gamestop. W momencie publikacji komunikatu drożały one o 120 proc.

Generalnie dzieją się niesamowite rzeczy. Wygląda to trochę tak, jakby na rynek wdarły się dzikie hordy inwestorów-amatorów w amoku, przekonanych, że odkryli nowy sposób na życie. Tak, jak na przykład ta para na TikToku:

W końcu mamy więc prawdziwą euforię. A to, że ją mamy jest bardzo ważne, bo to ostatni brakujący element układanki.
 
Nigdy nie należałem do grona osób, które lubią przepowiadać krachy, pękanie baniek i które od lat głównie narzekają, że rynki finansowe oszalały, a wyceny spółek na giełdach są absurdalne. Może dlatego, że moim zdaniem wcale nie były absurdalne w obecnych okolicznościach, a te okoliczności (na przykład stopy procentowe bliskie zera) zapewne nie zmienią się jeszcze przez wiele lat.

Nokia i Blackberry następni w kolejce

W tym tygodniu jednak pierwszy raz od bardzo dawna zauważyłem, że rynek, przynajmniej ten amerykański, chyba faktycznie jest już gotowy do tego, żeby trwający od wielu lat nieustanny rajd w górę zakończyć. Oczywiście zakończyć z hukiem, bo tak to się zwykle kończy. Aby zakończyć hossę, zawsze potrzebna jest euforia, która jest ostatnim etapem wzrostów, które stają się wtedy czasami tak bardzo absurdalne, że dla postronnego obserwatora aż śmieszne.

W tej chwili fala kosmicznych wzrostów rozlewa się na kolejne spółki. Często trochę zapomniane, jak Blackberry czy Nokia, albo będące ostatnio w kłopotach jak AMC Entertainment – operator największej na świecie sieci kin, który w poniedziałek nagle podrożał o 26 proc., we wtorek o dwanaście, a w środę o…279 procent.  
 
Ta euforia może trwać długo, nawet przez wiele tygodni. Ale doświadczenia historyczne pokazują, że rynek potem raczej nie wraca do tej poprzedniej, spokojniejszej wersji trendu wzrostowego, jak gdyby nigdy nic. Kolejnym etapem po euforii są raczej spadki. Czasami mocne. Nikt nie wie, kiedy one nastąpią, nie da się tego przewidzieć, bo to kwestia falowania emocji tłumu na rynku. Dzisiaj jedno jednak widać już bardzo wyraźnie. Wszystko jest już gotowe, wszystko jest już na swoim miejscu, a z miejsca, w którym dziś znajduje się rynek, zwykle nie ma już drogi odwrotu. Nie ma żadnego powodu, aby przypuszczać, że tym razem będzie inaczej niż zwykle. Wielu świeżych inwestorów w najbliższych dniach zarobi bardzo dużo pieniędzy, ale koniec i tak będzie zapewne smutny. Teraz, pierwszy raz od dawna, wszystko wskazuje na to, że to już tylko kwestia czasu.  

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.