Norwegia wycofuje się z inwestowania w węgiel, ropę i gaz. Odczujemy tę decyzję w Polsce

To już nie są żarty. Norweski Fundusz Naftowy podjął bardzo ważną decyzję. Instytucja obracająca przeszło bilionem dolarów po środowej decyzji parlamentu w Oslo przerzuca się na energię odnawialną. A to pokazuje, że polska energetyka ze swoją strukturą miksu energetycznego staje się jeszcze większym anachronizmem.

Na początku wyjaśnijmy może doniosłość chwili. Z inwestycji w kopaliny rezygnuje coraz więcej firm – w Polsce z finansowania węgla zrezygnował już mBank, a Generali zapowiedziało, że nie będzie ubezpieczać polskich kopalń. To wszystko to jednak zaledwie jednostkowe deklaracje. Teraz sprawa weszła na zupełnie nowy poziom rozmachu, bo Norweski Państwowy Fundusz Emerytalny zwany czasem Funduszem Naftowym, to wyjątkowa instytucja.

Została założona w 1996 r., celem zapewnienia Norwegom godnej emerytury. Jednak nawet jego twórcy nie spodziewali się, że 20 lat później jego wartość dobije do okrągłego biliona dolarów, a skandynawscy emeryci staną się wirtualnymi krezusami, ustępując tylko swoim kolegom ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Dlaczego wirtualnymi? Fundusz zarabia pieniądze (o ironio) na wydobyciu ropy naftowej i gazu z norweskich złóż, potem lokuje je w akcjach, obligacjach i nieruchomościach. W tych pierwszych trzyma ok. 60 proc. aktywów. A to sprawia, że musi trzymać rękę na pulsie i szybko reagować na rynkowe trendy.

Po raz pierwszy zrobił to w 2015 roku. Parlament jednogłośnie zadecydował wtedy, że Fundusz Naftowy ma sprzedać udziały firm, które ponad 30 proc. przychodów uzyskują z działalności opartej na węglu. Na liście była Bogdanka, PGE, Tauron i Energa.

Na koniec 2018 r. fundusz był w posiadaniu niewielkiej liczby akcji Orlenu i PGNiG. Jednak polskich firm nie ma na liście przeznaczonej do sprzedaży. Ale to wcale nie oznacza, że decyzja Funduszu Naftowego nie będzie miała dla naszego kraju znaczenia.

To zmiana jakościowa – firmy energetyczne były uznawane za takie, które dają stabilny dochód. Jeżeli chcemy, by Norwegia u nas inwestowała, to powinniśmy im teraz zaoferować pewne produkty i pomysły, które wypełnią tę lukę. I to moim zdaniem jest dla nas wielką szansą – komentuje dla bizblog.pl dr Krzysztof Księżopolski ze Szkoły Głównej Handlowej.

Kapitał zostanie z pewnością wyssany ze 150 innych firm z całego świata z branży naftowej i gazowej oraz dużych przedsiębiorstw górniczych, które wydobywają ponad 20 mln ton węgla rocznie lub generują dzięki spalaniu go powyżej 10 gigawatów energii elektrycznej rocznie. Dywestycje w przypadku takich gigantów jak RWE czy Glencore będą sięgały setek milionów dolarów, a firmy zarabiające na samym węglu mają stracić niespełna 6 mld dol. Ostateczna lista zostanie opracowana między norweskim Ministerstwem Finansów a bankiem centralnym po uchwaleniu przepisów.

Ogółem rzecz biorąc, fundusz pozbawi przedsiębiorstwa zarabiające na kopalinach ok. 12 mld dol.

Co się z nim stanie? Prawdopodobnie zasilą budżet przeznaczony na OZE. Norwegowie chcą na ten cel przeznaczyć 2 proc. wartości całego funduszu, czyli jakieś 20 mld dol.

Decyzja Norwegii o usunięciu około 150 spółek naftowych ze swojego bilionowego funduszu ma globalne konsekwencje. Spowoduje ona wstrząs wśród inwestorów instytucjonalnych i liderów w innych państwach wydobywających ropę i gaz, takich jak Rosja, Chiny, Argentyna, Katar i państwa OPEC – komentował Tom Sanzillo z Institute for Energy Economics and Financial Analysis.

Ekspert IEEFA uważa, że odwrócenie się Norwegii od ropy naftowej i gazu jest odbiciem rosnącego światowego konsensusu co do tego, że ceny ropy naftowej pozostaną niskie i niestabilne przez kolejne dziesięciolecia ze względu na innowacje w zakresie czystej energii, zwiększoną konkurencję w zakresie poszukiwania węglowodorów i niestabilność polityczną.

Fundusz Naftowy wykładając miliardy dolarów na infrastrukturę słoneczną i wiatrową, pokazuje reszcie świata, że inwestycje w paliwa kopalne nie są już warte ryzyka – dodaje.

Co do tego ostatniego eksperci są zresztą dość zgodni. Wydobywanie i zarabianie na węglu i reszcie kopalin zaczyna być lekkim hazardem.

Polska tę transformację mocno przespała.

Prezes Tauronu obudził się dopiero ostatnio, deklarując, że w ciągu dziesięciu najbliższych lat udział źródeł zeroemisyjnych w produkcji Tauronu ma wzrosnąć z 10 do 66 proc.

Mocno do tyłu jesteśmy też w szerszym ujęciu. Nasz miks energetyczny w 80 proc. oparty jest na węglu. Podobny problem jeszcze w 2010 r. miała Wielka Brytania, ale od tego czasu wyspiarze przeszli dużą transformację i już w 2017 mogli się pochwalić, że więcej prądu produkują dzięki OZE i elektrowniom jądrowym niż za pomocą spalania węgla.

Ale Wielka Brytania to przecież tzw. cywilizowany świat. Tyle, że wiązanie braku pieniędzy z używaniem węgla jest zbytnim uproszczeniem. Indie to trzeci emiter CO2 na świecie. Mimo to, w 2018 r. trzeci raz z rzędu wydatki na energię słoneczną przekroczyły wydatki na wytwarzanie energii elektrycznej z wykorzystaniem węgla. Można?

Polska w tym samym czasie buduje „ostatni w Europie blok węglowy” w Ostrołęce.

Choć nieoficjalnie mówi się, że na inwestycje brakuje pieniędzy, rząd idzie w zaparte, a pełniący obowiązki prezesa Energii Grzegorz Ksepsko twierdzi nawet, że to rentowne przedsięwzięcie. Innego zdania jest Fundacja Instrat, która policzyła, że inwestorzy stracą 6,2 mld zł – więcej niż koszt budowy elektrowni. A ta, według Instrat, będzie przynosić tym mniejsze straty, im krócej będzie chodzić. Taki to biznes.

Przez nakierowanie spółek energetycznych na węgiel cierpi dzisiaj w Polsce cały sektor. Dobrze obrazuje to indeks WIG-energia. Od 2010 r. jego kapitalizacja spadła prawie o połowę. I lepiej już pewnie nie będzie, bo plany związane z odchodzeniem od kopalin są nadzwyczaj zachowawcze. W 2030 r. z OZE mamy uzyskiwać ok. jednej piątej energii elektrycznej. Czyli mniej niż Łotwa, Chorwacja albo Austria w tej chwili.

Schodząc na nieco niższy poziom abstrakcji – za moment wszyscy odczujemy omawiane zmiany w podejściu do OZE na własnej skórze. Pieniądze, które mogliśmy wydać na odejście od węgla idą dzisiaj na rozbudowywanie programu 500+. Szkoda, że niemałą część tych świadczeń beneficjenci oddadzą w rachunkach

W 2020 r. ceny dla indywidualnych odbiorców prądu mają pozostać zamrożone, prędzej czy później rząd będzie musiał się jednak zmierzyć z rosnącymi stawkami praw do emisji CO2. Niektórzy już za chwilę. Komisja Europejska zgodziła się, by rekompensaty trafiły do szkół, szpitali czy samorządów, które w pewnym momencie groziły już nawet wygaszaniem ulic.

Nieco inaczej jest w przypadku prywatnych firm. Te mogą korzystać z pomoc publicznej do 200 tys. euro w ciągu 3 lat obrotowych. Część przedsiębiorców tę pulę już wyczerpała. W raporcie Makro Mapa Credit Agricole szacuje, że od 2020 r. polskie przedsiębiorstwa zapłacą za prąd 40 proc. więcej w ujęciu rok do roku. Za wzrost kosztów ich działalności prędzej czy później zapłacą też klienci. A to będzie przecież dopiero przedsmak tego, co czeka nas w najbliższych latach.

Tym bardziej, że w jakiś sposób będziemy musieli uruchomić wiatraki i klimatyzacje, które łagodzą skutki podgrzewania się naszej planety. I pal sześć obecny rok z jego rekordową liczbą nocy tropikalnych. Już niebawem takie temperatury będą standardem, co pokazuje strona przygotowana przez New York Times. A wtedy czasy utyskiwania na smog bedziemy wspominać z rozrzewnieniem.